28.02.2025, 20:36 ✶
-Duchy, zmory i strzygi szepczą nad moim łóżkiem każdej samotnej nocy...- szepnęła cicho jakoby bała się, że ktoś ją usłyszy. Zatracona w jej spojrzeniu. Czerń, niczym nocne niebo. Niebo, które swym mrokiem bestialsko zadusiło gwiazdy, a teraz niczym bezkres oceanów kusiło ją niemym śpiewem. Ciągnęło ją w kierunku otchłani z której jak sądziła - nie było powrotu. A Ona nie miała gdzie wracać, skora poddać się kruczoczarnej głębinie aby w niej utonąć. Zatracić się, zapomnieć chociażby na moment, na chwilę, a jeśli by się dało to na zawsze. Zapętlić się w nicości jak duchy, gdy nieświadome swojej śmierci zostają zamknięte w małej klepsydrze. Klepsydrze, którą za każdym razem ktoś obraca, nie dając chwili wytchnienia. Zagubione, zaślepione, obdarte z poczucia czasu. Nie żyjesz - ile razy musiało wypaść z jej ust. A oni w nieskończonym walcu, wirowali - tak piękni, tak smutni. Czy Robert również takowym się stanie? Błądząc po rodzinnej kamienicy, zamknięty w niedopowiedzeniu. Ona nie chciała, nie chciała tak umrzeć, nie chciała zostać w świecie żywych, gdy przyjdzie jej wydać ostatnie tchnienie. Albowiem wiedziała, że to wiązało się z karą wieczną. Z oczekiwaniem na śmierć będąc martwym. Ze strachem, którego nikt nie ukoi, lamentując bezgłośnie. Karma czaiła się gdzieś w ukryciu, skrzętnie otulona cieniem, aby to nikt jej nie dostrzegł, ale Scarlett wiedziała, wiedziała, że przyjdzie jej płacić. Za wszystko trzeba płacić. A Ona winna była płacić całe życie, a ostatnią ratę zapłaci swoim własnym życiem.
Drgnęła niespokojnie, gdy gwałtowny dźwięk brutalnie zamordował ciszę. Niepokój. Poczuła szybsze bicie serca. Nierównomierny stukot, pęd. Śmiech kobiety odbijał się w jej uszach, umykając i powracając intensywniej, mocniej, jakoby przenikał jej skórę, jej kości, wdzierał się do duszy. Czuła jak adrenalina leniwie rozlewa się po jej ciele, karmiąc jeden z jej nałogów. Delikatny dreszcz przebiegł po jej plecach, gdy tkwiła niczym posąg. Nie odsunęła się, nie wstała, pozostała tak jak pozostać powinna, mimo iż organizm dostał jasny sygnał - uciekaj - nie zamierzała.
Chciała zostać, chciała... patrzeć, przyglądać się, zrozumieć. Mogła złapać się na myśli - czy to ciemnowłosa była szalona, czy jednak ona sama? wpatrując się w nią niczym dziecko we mgle. Dziecko, które wierzyło, a być może jedynie łudziło się naiwnie, że zostanie złapane za rękę, wyprowadzone z ciemności, utulone. I sama nie potrafiła zrozumieć dlaczego
Pochwyciła wzrok, wzrok który pożerał, pochłaniał niczym ruchome piaski. Im żywiej spoglądałeś, tym szybciej traciłeś oddech. Oddech, który straciła w chwili, gdy ciemnowłosa się odezwała.
Poczuła dreszcz, przeszywający chłód i strach przed jej słowami. Nie, nie bała się jej słów. Bała się prawdy
Grzechu, którego tak się boisz. - błękitne tęczówki zadrżały. Poczuła się obdarta, obnażona z lęków, które teraz rozświetliły otchłań, paląc okrutnie. Chciała zaprzeczyć - nie potrafiła. Wtem pierwszy raz poczuła, że chce się odsunąć - nie potrafiła.
Twoje łono wypełnia popiół. - poczuła jak sztywnieje, zamiera. Głos kobiety odbijał się echem w jej uszach, wdzierał się do jej duszy, szarpiąc ją, rozrywając szponami. A z każdym kolejnym jej słowem czuła jak grunt pod jej stopami pęka.
-Co to... znaczy? - mruknęła, nie rozumiejąc. I już sama nie wiedziała czy nie rozumie, czy nie chce zrozumieć. Nie, ona chciała wiedzieć, niezależnie od strachu, niezależnie od wszystkiego.
Chciała zrozumieć bo wiedziała, że jeśli nie pojmie słów kobiety, to te słowa będą ją prześladować każdej kolejnej nocy. Każdego ranka. Gdy będzie otwierać oczy, opatulona samotnością, spoglądając na pustą stronę łóżka, słysząc jak strzyga zza kotary nie pozwoli jej zapomnieć. Jak zmora pogładzi jej włosy, rozsiadając się na pościeli - wtedy, gdy on wyjdzie i kolejny raz jej nie obudzi, pozwalając aby zrobili to Ci, którzy zwykli ją nękać w samotne noce.
Kolejny dźwięk zmusił ją do odwrócenia wzroku, kierując go na portret. Zaraz za tym przyszedł ból, gdy paznokcie tej tu, przy której klęczała, wbiły się w ramię Scarlett. Było to na swój sposób otrzeźwiające. Ból, uczucie znajome, wyraźne, poznane. Jakoby pochwyciła resztki rzeczywistości.
Powinna się wyrwać, uciec i nigdy nie wracać, a mogła pomyśleć, że to tylko sen.
Próbowała utrzymać równowagę, nie stracić stabilizacji, odrywając dłonie od marmurowej posadzki, aby w kolejnej chwili ułożyć je na policzkach kobiety
-A wiesz... że wyglądasz zupełnie jak mój anioł? - podjęła, tłumiąc strach, spychając go, nie dając mu przejąć nad sobą kontroli. Nie wiedząc już czy to prawda czy nie. Akceptując, że nie wie nic. Wiedziała jedynie, że jej anioł był martwy dawno temu. A ona, nie akceptując samotności nadała mu formę i kształt. A jednak nigdy nie wyprawiła mu pogrzebu, pozwalając jemu ciału rozkładać się porzuconym na bezdrożu w nadziei, że się obudzi. Rozganiając sępy.
A jednak gdy żył był piękny, tak jak ta, która stała przed nią.
Drgnęła niespokojnie, gdy gwałtowny dźwięk brutalnie zamordował ciszę. Niepokój. Poczuła szybsze bicie serca. Nierównomierny stukot, pęd. Śmiech kobiety odbijał się w jej uszach, umykając i powracając intensywniej, mocniej, jakoby przenikał jej skórę, jej kości, wdzierał się do duszy. Czuła jak adrenalina leniwie rozlewa się po jej ciele, karmiąc jeden z jej nałogów. Delikatny dreszcz przebiegł po jej plecach, gdy tkwiła niczym posąg. Nie odsunęła się, nie wstała, pozostała tak jak pozostać powinna, mimo iż organizm dostał jasny sygnał - uciekaj - nie zamierzała.
Chciała zostać, chciała... patrzeć, przyglądać się, zrozumieć. Mogła złapać się na myśli - czy to ciemnowłosa była szalona, czy jednak ona sama? wpatrując się w nią niczym dziecko we mgle. Dziecko, które wierzyło, a być może jedynie łudziło się naiwnie, że zostanie złapane za rękę, wyprowadzone z ciemności, utulone. I sama nie potrafiła zrozumieć dlaczego
Pochwyciła wzrok, wzrok który pożerał, pochłaniał niczym ruchome piaski. Im żywiej spoglądałeś, tym szybciej traciłeś oddech. Oddech, który straciła w chwili, gdy ciemnowłosa się odezwała.
Poczuła dreszcz, przeszywający chłód i strach przed jej słowami. Nie, nie bała się jej słów. Bała się prawdy
Grzechu, którego tak się boisz. - błękitne tęczówki zadrżały. Poczuła się obdarta, obnażona z lęków, które teraz rozświetliły otchłań, paląc okrutnie. Chciała zaprzeczyć - nie potrafiła. Wtem pierwszy raz poczuła, że chce się odsunąć - nie potrafiła.
Twoje łono wypełnia popiół. - poczuła jak sztywnieje, zamiera. Głos kobiety odbijał się echem w jej uszach, wdzierał się do jej duszy, szarpiąc ją, rozrywając szponami. A z każdym kolejnym jej słowem czuła jak grunt pod jej stopami pęka.
-Co to... znaczy? - mruknęła, nie rozumiejąc. I już sama nie wiedziała czy nie rozumie, czy nie chce zrozumieć. Nie, ona chciała wiedzieć, niezależnie od strachu, niezależnie od wszystkiego.
Chciała zrozumieć bo wiedziała, że jeśli nie pojmie słów kobiety, to te słowa będą ją prześladować każdej kolejnej nocy. Każdego ranka. Gdy będzie otwierać oczy, opatulona samotnością, spoglądając na pustą stronę łóżka, słysząc jak strzyga zza kotary nie pozwoli jej zapomnieć. Jak zmora pogładzi jej włosy, rozsiadając się na pościeli - wtedy, gdy on wyjdzie i kolejny raz jej nie obudzi, pozwalając aby zrobili to Ci, którzy zwykli ją nękać w samotne noce.
Kolejny dźwięk zmusił ją do odwrócenia wzroku, kierując go na portret. Zaraz za tym przyszedł ból, gdy paznokcie tej tu, przy której klęczała, wbiły się w ramię Scarlett. Było to na swój sposób otrzeźwiające. Ból, uczucie znajome, wyraźne, poznane. Jakoby pochwyciła resztki rzeczywistości.
Powinna się wyrwać, uciec i nigdy nie wracać, a mogła pomyśleć, że to tylko sen.
Próbowała utrzymać równowagę, nie stracić stabilizacji, odrywając dłonie od marmurowej posadzki, aby w kolejnej chwili ułożyć je na policzkach kobiety
-A wiesz... że wyglądasz zupełnie jak mój anioł? - podjęła, tłumiąc strach, spychając go, nie dając mu przejąć nad sobą kontroli. Nie wiedząc już czy to prawda czy nie. Akceptując, że nie wie nic. Wiedziała jedynie, że jej anioł był martwy dawno temu. A ona, nie akceptując samotności nadała mu formę i kształt. A jednak nigdy nie wyprawiła mu pogrzebu, pozwalając jemu ciału rozkładać się porzuconym na bezdrożu w nadziei, że się obudzi. Rozganiając sępy.
A jednak gdy żył był piękny, tak jak ta, która stała przed nią.