01.03.2025, 00:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.03.2025, 00:53 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber, w przeciwieństwie do Scarlett Mulciber, nie miał oczu swojej matki. Miał oczy swojego ojca.
Alexander był skórą zdjętą z Duncana, którego portret z czasów młodości wisiał za jego plecami, na ścianie ojcowskiego gabinetu. Odziedziczył po nim twarz i wszystkie jego grzechy. Odziedziczył po nim upór i chęć rzucania ludziom prawdy prosto w twarz. Odziedziczył po nim rodowy sygnet błyszczący na lekko drżącej dłoni, w której tkwił tlący się papieros. Odziedziczył po nim także i ten gabinet.
Ciężkie spojrzenie Duncana przesunęło się po karku syna zasiadającego przy zawalonym dokumentami biurku, ciężkie jak ojcowska dłoń, której Alexander nie miał już nigdy poczuć na swoim ramieniu. Czuł na nim tylko ciężar hebanowej trumny z ciałem ojca, którą wtoczyli, zgodnie z życzeniem zmarłego, do wnętrza cygańskiego wozu. Oddali go płomieniom, patrząc jak ogień wznosi się hen wysoko ku niebu, a dusza Duncana ulatuje wraz z popiołem, niesiona wiatrem.
Grób, nad którym wniesiono pomnik ku czci Duncana Mulcibera, był pusty, a jednak, Alexander spędzał przy nim wiele czasu. Gdy opuszczano trumnę z ciałem Roberta do piachu, patrzył w stronę pustego grobowca. Grób był pusty, a ojciec, który zawsze był obecny – ojciec, którego obecności nie dało się nie zauważyć – był nieobecny. Nadal nie mieściło się to Alexowi w głowie. Może dlatego tak często przesiadywał w jego gabinecie, pośród jego rzeczy, z jego wyobrażeniem za plecami. Siedzieli razem i palili, rozmawiali i milczeli. Przeważnie milczeli. Co bowiem umarły mógł mieć do powiedzenia umarłemu, a potępiony potępionemu?
Dzisiaj nie było symbolicznego palenia wozu. Nie było tłumów ani pieśni. Nie było też łez.
"Nie módl się do bogów, którzy nie istnieją. Nie żałuj umarłych, których nie dało się uratować", pisał Lorien, która z twarzą skrytą za woalką stanęła dziś nad grobem swojego męża, odziana w czerń. Patrzył na nią, a ona patrzyła na niego. "Nie przeklinaj snów, które nigdy tak naprawdę nie były twoimi." Patrzyła na niego, a on patrzył na nią. Nie słuchał modlitw wznoszonych nad ciałem. Układał własną. Cyganie za pomocą magii prostowali kręte ścieżki, po których wiodło ich przeznaczenie, śpiewali pieśni o rozdrożach, a rozdroża stawały się pieśniami. Droga zawsze wydawała się bardziej znośna z pieśnią na ustach. Może modlitwy Cygana mogłyby wyprostować sny zabłąkanej ptaszyny.
Nagle znów był grudzień, znów czuł swąd znad płonącego wóz ojca, znów słyszał dzikie, zwierzęce niemal zawodzenie matki. Nagle znów czuł się tak, jakby balansował na granicy snu i jawy, nie wiedząc, gdzie dokładnie przebiega ta granica, gdzie kończy się jawa, gdzie zaczyna sen, jego myśli rozdarte między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością.
Zerwał się z miejsca, gdy zrozumiał, że krzyk matki należy do teraźniejszości. Nie tracił czasu. Zanim teleportował się z gabinetu, zauważył, że rama obrazu jest pusta. Ojciec zniknął. Tylko niedogaszony papieros tlił się w popielniczce obok fotela, zajmowanego zwykle przez zmarłą głowę rodu Mulciber.
Z cichym trzaskiem teleportował się pośrodku salonu.
W kilku krokach przypadł do skulonych na podłodze obok kominka kobiet, bardzo delikatnym, acz stanowczym ruchem rozdzielając ich szczepione w szarpaninie ciała. Wszedł między nie, zasłoniwszy sobą wątłą blondynkę, po tym jak rozwarł zakleszczone wokół niej dłonie matki, które i na jego rękach zdawały się przez chwilę zaciskać jak szpony drapieżnego ptaka, jak gdyby nie poznawała twarzy syna. Koraliki z pękniętego naszyjnika rozprysnęły się dookoła, w akompaniamencie ochrypłych pokrzykiwań Seliny z portretu na kominikiem.
Nie walczył z nią. Wiedział, że nie jest w stanie nad sobą panować, gdy wchodzi w trans. Klęczał przed matką, podtrzymując jej wstrząsane akatyzją ciało, cierpliwie czekając, aż przestanie się wić, ni to drgawkach, ni to w konwulsjach. Trwał niewzruszony, nieruchomo niemal, bezwolnie poddając się profetycznemu przekleństwu, jakie płynęło tak w żyłach matki, jak i jego własnych. Trwał, tak jak Duncan Mulciber trwał na portrecie u boku Seliny Ayers, trzymając ją w ramionach, aż zaczęła się uspokajać.
Selina Mulciber także wydawała się wracać do równowagi, gdy Alexander, niepomny na obecność nieznajomej tuż obok, tłumaczył matce raz po raz, że cokolwiek zobaczyła – jakakolwiek wizja ją dręczy – to wszystko minie, tak jak mijają pory roku. Że dzisiaj kończy się sierpień, jutro zaczyna wrzesień, a wczoraj widział, jak odlatuje do ciepłych krajów ostatnia z angielskich wilg. "Wszystko dobrze, mamo" powtarzał uspokajająco, zawsze tym samym, cichym, cierpliwym, nieskończenie cierpliwym głosem.
– Nic ci nie jest? – zapytał w końcu, znużony, odwracając się w stronę młodej dziewczyny, w której rozpoznał jedną z uczestniczek dzisiejszego pogrzebu. Nie mówił już ściszonym głosem, ale wciąż czuć było w jego tonie łagodność, z jaką zwracał się wcześniej do swojej matki.
Oczy Alexandra Mulcibera utkwione były w oczach Scarlett Mulciber.
Alexander był skórą zdjętą z Duncana, którego portret z czasów młodości wisiał za jego plecami, na ścianie ojcowskiego gabinetu. Odziedziczył po nim twarz i wszystkie jego grzechy. Odziedziczył po nim upór i chęć rzucania ludziom prawdy prosto w twarz. Odziedziczył po nim rodowy sygnet błyszczący na lekko drżącej dłoni, w której tkwił tlący się papieros. Odziedziczył po nim także i ten gabinet.
Ciężkie spojrzenie Duncana przesunęło się po karku syna zasiadającego przy zawalonym dokumentami biurku, ciężkie jak ojcowska dłoń, której Alexander nie miał już nigdy poczuć na swoim ramieniu. Czuł na nim tylko ciężar hebanowej trumny z ciałem ojca, którą wtoczyli, zgodnie z życzeniem zmarłego, do wnętrza cygańskiego wozu. Oddali go płomieniom, patrząc jak ogień wznosi się hen wysoko ku niebu, a dusza Duncana ulatuje wraz z popiołem, niesiona wiatrem.
Grób, nad którym wniesiono pomnik ku czci Duncana Mulcibera, był pusty, a jednak, Alexander spędzał przy nim wiele czasu. Gdy opuszczano trumnę z ciałem Roberta do piachu, patrzył w stronę pustego grobowca. Grób był pusty, a ojciec, który zawsze był obecny – ojciec, którego obecności nie dało się nie zauważyć – był nieobecny. Nadal nie mieściło się to Alexowi w głowie. Może dlatego tak często przesiadywał w jego gabinecie, pośród jego rzeczy, z jego wyobrażeniem za plecami. Siedzieli razem i palili, rozmawiali i milczeli. Przeważnie milczeli. Co bowiem umarły mógł mieć do powiedzenia umarłemu, a potępiony potępionemu?
Dzisiaj nie było symbolicznego palenia wozu. Nie było tłumów ani pieśni. Nie było też łez.
"Nie módl się do bogów, którzy nie istnieją. Nie żałuj umarłych, których nie dało się uratować", pisał Lorien, która z twarzą skrytą za woalką stanęła dziś nad grobem swojego męża, odziana w czerń. Patrzył na nią, a ona patrzyła na niego. "Nie przeklinaj snów, które nigdy tak naprawdę nie były twoimi." Patrzyła na niego, a on patrzył na nią. Nie słuchał modlitw wznoszonych nad ciałem. Układał własną. Cyganie za pomocą magii prostowali kręte ścieżki, po których wiodło ich przeznaczenie, śpiewali pieśni o rozdrożach, a rozdroża stawały się pieśniami. Droga zawsze wydawała się bardziej znośna z pieśnią na ustach. Może modlitwy Cygana mogłyby wyprostować sny zabłąkanej ptaszyny.
Nagle znów był grudzień, znów czuł swąd znad płonącego wóz ojca, znów słyszał dzikie, zwierzęce niemal zawodzenie matki. Nagle znów czuł się tak, jakby balansował na granicy snu i jawy, nie wiedząc, gdzie dokładnie przebiega ta granica, gdzie kończy się jawa, gdzie zaczyna sen, jego myśli rozdarte między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością.
Zerwał się z miejsca, gdy zrozumiał, że krzyk matki należy do teraźniejszości. Nie tracił czasu. Zanim teleportował się z gabinetu, zauważył, że rama obrazu jest pusta. Ojciec zniknął. Tylko niedogaszony papieros tlił się w popielniczce obok fotela, zajmowanego zwykle przez zmarłą głowę rodu Mulciber.
Z cichym trzaskiem teleportował się pośrodku salonu.
W kilku krokach przypadł do skulonych na podłodze obok kominka kobiet, bardzo delikatnym, acz stanowczym ruchem rozdzielając ich szczepione w szarpaninie ciała. Wszedł między nie, zasłoniwszy sobą wątłą blondynkę, po tym jak rozwarł zakleszczone wokół niej dłonie matki, które i na jego rękach zdawały się przez chwilę zaciskać jak szpony drapieżnego ptaka, jak gdyby nie poznawała twarzy syna. Koraliki z pękniętego naszyjnika rozprysnęły się dookoła, w akompaniamencie ochrypłych pokrzykiwań Seliny z portretu na kominikiem.
Nie walczył z nią. Wiedział, że nie jest w stanie nad sobą panować, gdy wchodzi w trans. Klęczał przed matką, podtrzymując jej wstrząsane akatyzją ciało, cierpliwie czekając, aż przestanie się wić, ni to drgawkach, ni to w konwulsjach. Trwał niewzruszony, nieruchomo niemal, bezwolnie poddając się profetycznemu przekleństwu, jakie płynęło tak w żyłach matki, jak i jego własnych. Trwał, tak jak Duncan Mulciber trwał na portrecie u boku Seliny Ayers, trzymając ją w ramionach, aż zaczęła się uspokajać.
Selina Mulciber także wydawała się wracać do równowagi, gdy Alexander, niepomny na obecność nieznajomej tuż obok, tłumaczył matce raz po raz, że cokolwiek zobaczyła – jakakolwiek wizja ją dręczy – to wszystko minie, tak jak mijają pory roku. Że dzisiaj kończy się sierpień, jutro zaczyna wrzesień, a wczoraj widział, jak odlatuje do ciepłych krajów ostatnia z angielskich wilg. "Wszystko dobrze, mamo" powtarzał uspokajająco, zawsze tym samym, cichym, cierpliwym, nieskończenie cierpliwym głosem.
– Nic ci nie jest? – zapytał w końcu, znużony, odwracając się w stronę młodej dziewczyny, w której rozpoznał jedną z uczestniczek dzisiejszego pogrzebu. Nie mówił już ściszonym głosem, ale wciąż czuć było w jego tonie łagodność, z jaką zwracał się wcześniej do swojej matki.
Oczy Alexandra Mulcibera utkwione były w oczach Scarlett Mulciber.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Portret Duncana Mulcibera![[Obrazek: 794e041b5b61dd8c65c2ca4c71075741aa3b4c1f.jpg]](https://64.media.tumblr.com/25df76a4a675031e45171249b3d68a0d/938f03bb2bb9c698-d6/s2048x3072/794e041b5b61dd8c65c2ca4c71075741aa3b4c1f.jpg)