22.10.2022, 16:43 ✶
Gdy pierwsza fala irytacji związana z nagłym najściem brata opadła, w ciele Eden szumiał już jedynie dyskomfort wywołany przełamaniem rutyny. Nie ruszał jej już nawet fakt, że przyszedł tu pijany; nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Nie umieli radzić sobie z problemami w zdrowy sposób, bo nigdy nikt im nie pokazał, jak to zrobić. Elliott zatapiał swoje smutki w alkoholu, Eden zatapiała się w nadmiernej ilości pracy. Materia nie miała znaczenia, chodzi jedynie o to, by nie wypłynęły na powierzchnię.
Nie wiedziała, skąd pomysł przyjścia z gorzkimi żalami do niej, bo sądząc po stanie bliźniaka i jego zachowaniu, na to się zapowiadało. Wiedziała, że wbrew własnej woli stała się jego najwierniejszą powierniczką wraz z dniem, w którym ojciec wymusił na nich przysięgę krwi, że nie będą dłużej działali wbrew w sobie i na swoją szkodę. Pakt jednak nie zmienił natury Eden, nie uczynił z niej godnego wsparcia emocjonalnego. Nie umiała współczuć nikomu poza sobą, mogła jedynie powtarzać utarte frazesy pokroju "wszystko będzie dobrze", "dasz sobie radę". Ewentualnie mogła zaoferować absolutną, nieograniczoną niczym szczerość podszytą chłodną logiką i kalkulacją, a mało kto rozedrgany emocjonalnie chciał słyszeć coś w tym guście w ramach pocieszenia.
Zauważyła zmianę wyrazu twarzy Elliotta, tak samo wyłapała inny ton głosu. Takie rzeczy nie umykały jej uwadze, doskonale wiedziała, że brat się właśnie od czegoś dystansuje. Polityczne zboczenie zawodowe, które pozwala na schowanie bólu do kieszeni i przekazanie najbardziej niewygodnych wieści z kamienną twarzą i grobowym tonem. Jedynie w błękicie jego oczu błąkał się cień czegoś przykrego, pozostałości rozpaczy. Ale wkrótce i one zniknęły.
Puściła mimo uszu uwagę o ministerstwie - miał rację, ale nie było to istotne, a wyznaczony przez nią czas umykał. Nie miała zamiaru odbijać piłeczki w przypadku czegoś, co - świadomie lub nie - miało stanowić jedynie zasłonę dymną prawdziwego problemu. Podparła się pod boki, jakby przygotowywała się na jakieś poronione oświadczenie. Że czyjaś żona dowiedziała się o jego romansie z jej mężem. Że ojciec wpadł na kolejny, rujnujący mu życie pomysł. Że zrobił coś głupiego po pijaku i widział go jakiś dziennikarz z brukowca.
Ale nie przygotowała się na to, że został wdowcem.
Twarz Eden zelżała. Chyba nikt nie podejrzewał, że było to możliwe bez podania jej na siłę anestezji, ale blondynka przybrała najłagodniejszy wyraz twarzy w swoim życiu. Poczuła się, jakby na krótką chwilę cała myśl odpłynęła z jej głowy i zderzyła się z kompletną ciszą, nicością. Poruszyła się niezgrabnie, z wolna opadła na skraj perfekcyjnie zaścielonego łóżka. Usiadła delikatnie, chyba nie chcąc już, żeby ta rozmowa przebiegła zwięźle.
Nawet nie wiedziała, co powiedzieć.
Nie była w stanie rzucić, że jej przykro. Nie było jej przykro, była w szoku. Wydawało się zresztą, że Elliott też. Ciężko to wytłumaczyć, ale podskórnie przeczuwała, że żadne z nich nie ma do czynienia z konwencjonalnym żalem. Złapała opuszkami palców prawej dłoni swoją obrączkę ślubą, podświadomie obróciła ją kilkukrotnie.
- Co z Nicholasem? - zapytała cicho, prawie że nieśmiało, ale obydwoje wiedzieli, że nie umiała taka być. Elliott stracił żonę, ale nie podejrzewała go o kochanie jej, bo znała prawdziwą naturę brata. Wiedziała, że małżeństwo podszyte było przymusem, a jego serce leżało gdzieś indziej. Jego syn zaś stracił matkę, bez której będzie musiał dorosnąć i której już niedługo nie będzie nawet pamiętał. Był za mały, by być zdolnym zatrzymać wspomnienie o niej ze sobą na dłużej.
Czy chociaż jeden Malfoy może mieć normalny start w życiu? Czy to jednak proszenie o zbyt wiele?
- Co się właściwie stało? Chodzi o jej chorobę? - zapytała wreszcie, bo po prawdzie nie miała pojęcia, co mogło zabrać Simone z tego świata. Nie znała prawdziwej przyczyny jej pobytu w Lecznicy Dusz. Nie drążyła nigdy, nie było dla niej zaskoczeniem, że kobieta oszalała. Depresja poporodowa to jedno, ale kto by nie postradał zmysłów wchodząc do tej rodziny? Nawet święty by zdziczał. A żadne z nich nie było święte.
Nie wiedziała, skąd pomysł przyjścia z gorzkimi żalami do niej, bo sądząc po stanie bliźniaka i jego zachowaniu, na to się zapowiadało. Wiedziała, że wbrew własnej woli stała się jego najwierniejszą powierniczką wraz z dniem, w którym ojciec wymusił na nich przysięgę krwi, że nie będą dłużej działali wbrew w sobie i na swoją szkodę. Pakt jednak nie zmienił natury Eden, nie uczynił z niej godnego wsparcia emocjonalnego. Nie umiała współczuć nikomu poza sobą, mogła jedynie powtarzać utarte frazesy pokroju "wszystko będzie dobrze", "dasz sobie radę". Ewentualnie mogła zaoferować absolutną, nieograniczoną niczym szczerość podszytą chłodną logiką i kalkulacją, a mało kto rozedrgany emocjonalnie chciał słyszeć coś w tym guście w ramach pocieszenia.
Zauważyła zmianę wyrazu twarzy Elliotta, tak samo wyłapała inny ton głosu. Takie rzeczy nie umykały jej uwadze, doskonale wiedziała, że brat się właśnie od czegoś dystansuje. Polityczne zboczenie zawodowe, które pozwala na schowanie bólu do kieszeni i przekazanie najbardziej niewygodnych wieści z kamienną twarzą i grobowym tonem. Jedynie w błękicie jego oczu błąkał się cień czegoś przykrego, pozostałości rozpaczy. Ale wkrótce i one zniknęły.
Puściła mimo uszu uwagę o ministerstwie - miał rację, ale nie było to istotne, a wyznaczony przez nią czas umykał. Nie miała zamiaru odbijać piłeczki w przypadku czegoś, co - świadomie lub nie - miało stanowić jedynie zasłonę dymną prawdziwego problemu. Podparła się pod boki, jakby przygotowywała się na jakieś poronione oświadczenie. Że czyjaś żona dowiedziała się o jego romansie z jej mężem. Że ojciec wpadł na kolejny, rujnujący mu życie pomysł. Że zrobił coś głupiego po pijaku i widział go jakiś dziennikarz z brukowca.
Ale nie przygotowała się na to, że został wdowcem.
Twarz Eden zelżała. Chyba nikt nie podejrzewał, że było to możliwe bez podania jej na siłę anestezji, ale blondynka przybrała najłagodniejszy wyraz twarzy w swoim życiu. Poczuła się, jakby na krótką chwilę cała myśl odpłynęła z jej głowy i zderzyła się z kompletną ciszą, nicością. Poruszyła się niezgrabnie, z wolna opadła na skraj perfekcyjnie zaścielonego łóżka. Usiadła delikatnie, chyba nie chcąc już, żeby ta rozmowa przebiegła zwięźle.
Nawet nie wiedziała, co powiedzieć.
Nie była w stanie rzucić, że jej przykro. Nie było jej przykro, była w szoku. Wydawało się zresztą, że Elliott też. Ciężko to wytłumaczyć, ale podskórnie przeczuwała, że żadne z nich nie ma do czynienia z konwencjonalnym żalem. Złapała opuszkami palców prawej dłoni swoją obrączkę ślubą, podświadomie obróciła ją kilkukrotnie.
- Co z Nicholasem? - zapytała cicho, prawie że nieśmiało, ale obydwoje wiedzieli, że nie umiała taka być. Elliott stracił żonę, ale nie podejrzewała go o kochanie jej, bo znała prawdziwą naturę brata. Wiedziała, że małżeństwo podszyte było przymusem, a jego serce leżało gdzieś indziej. Jego syn zaś stracił matkę, bez której będzie musiał dorosnąć i której już niedługo nie będzie nawet pamiętał. Był za mały, by być zdolnym zatrzymać wspomnienie o niej ze sobą na dłużej.
Czy chociaż jeden Malfoy może mieć normalny start w życiu? Czy to jednak proszenie o zbyt wiele?
- Co się właściwie stało? Chodzi o jej chorobę? - zapytała wreszcie, bo po prawdzie nie miała pojęcia, co mogło zabrać Simone z tego świata. Nie znała prawdziwej przyczyny jej pobytu w Lecznicy Dusz. Nie drążyła nigdy, nie było dla niej zaskoczeniem, że kobieta oszalała. Depresja poporodowa to jedno, ale kto by nie postradał zmysłów wchodząc do tej rodziny? Nawet święty by zdziczał. A żadne z nich nie było święte.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~