01.02.2023, 00:44 ✶
Spośród całej tej jędzowatości i szorstkości, jaką do tej pory okazywała, przebijała się jednak jakaś troska godna matki-kwoki. Bo czy inaczej wyczarowywałaby koc, ręcznik, wkurzała się na durne pomysły – przynajmniej dopóki była pewna, że takie właśnie realizował – i jeszcze opieprzała? Zamiast po prostu przejść nad tym do porządku dziennego.
Ale może to nie oznaczało to nic. Może nadal go nie lubiła – jak sądził przecież – tylko po prostu została na tyle mocno wytrącona z równowagi, że ukazała część innej twarzy, której istnienia być może nie dało się podejrzewać. Nie przy dotychczasowym podejściu, kiedy wydawać się mogło, że tylko szuka okazji, jak by tu dopiec, że czyha na nieopatrznie rzucone słowo, aby się w nie wczepić i całkowicie odwrócić kota ogonem.
Zamarła, gdy przyznał się, że bynajmniej nie była świadkiem próby samobójstwa. Fala ulgi, jaka ją zalała sprawiła, że przez chwilę nie była pewna, czy przypadkiem zaraz nogi się pod nią nie ugną, przez co wyląduje szacownymi literami na deskach molo. Pochyliła głowę, chcąc ukryć wyraz twarz przed Stewardem; tego wszystkiego było dużo.
Za dużo.
A czy tego chciała czy nie – nie mogła sobie pozwolić na pęknięcie, rozszlochanie się, wypuszczenie z siebie wszystkiego, co się kłębiło. Strachu. Nieopisanej tęsknoty. Złości też, wszak ta też jej nie opuszczała – mógł być ostrożniejszy!
… i mogła, do jasnej cholery, lepiej wybrać sobie ciało do opętania.
- Z mojego miejsca to wyglądało inaczej. Najwyraźniej miałeś dziś szczęście – odparła, brzmiąc już jakoś inaczej. Bardziej miękko, jakby nagle zostało spuszczone całe powietrze z balonika.
Sprawa szkicownika jednak pozwoliła kobiecie wziąć się jako tako w garść, pozwalając skupić się na czymś innym. Sprawa może i przegrana, ale… coś w nie nie pozwalało patrzeć, jak ten zbiór połączonych kartek, w którym zawierały się ich wspólne wspomnienia, tak po prostu sobie umarł, bez jakichkolwiek prób ocalenia.
Bo może była głupia wierząc, iż słusznie próbuje przetrwać w świecie, w którym musiała uważać na każdy krok, aby nie skończyć ponownie za Zasłoną. Może marzenie o połączeniu się i wspólnym życiu to tylko bardzo, bardzo durna mrzonka, godna małego dziecka.
Tak boleśnie blisko, a jednocześnie tak daleko.
A ten szkicownik…? Zdawał się być takim samym symbolem, jak ten, co nosiła na szyi. No, prawie takim samym, bo nie zamykało się w nim aż tyle marzeń, uczuć i cichej nadziei, co w srebrnej foczce, która wyciągała swe płetwy w ochronnym geście, co uwidoczniało się najlepiej w zestawieniu z drugim wisiorkiem.
Nawet po śmierci nie potrafiła zrezygnować z danej kiedyś obietnicy, że już zawsze – zawsze! - będzie go nosić i się z nim nie rozstanie. Stanowił też swego rodzaju kotwicę, przypomnienie, że może nie wszystko stracone, zwłaszcza gdy nocą nie chciał przyjść sen, a dłoń sama z siebie zamykała się na srebrnej ozdóbce.
Klęknęła na deskach, kładąc przemoczoną kupkę nieszczęścia przed sobą. Obchodziła się z nią jak z jajkiem – delikatnie, niemalże z czułością.
- Niczego nie obiecuję – uprzedziła krótko, pochylając się nad szkicownikiem. I drgnęła, gdy wspomniał wisiorek. Jakimś cudem powstrzymała gwałtowną, nierozsądną chęć chwycenia tej błyskotki i schowania jak najgłębiej się tylko dało – wzbudzałoby to raczej większe podejrzenia niż samo noszenie tej samej biżuterii, co ukochana Patricka. Niesamowity zbieg okoliczności? Owszem, ale to też nie tak, że powstała tylko jedna focza para. Chyba…?
- Taki sobie. Ale go lubię – odparła dość szorstko, starając się brzmieć, jakby nic nie znaczył. Choć przecież znaczył wszystko. Stanowił jedyną namacalną rzecz, która dowodziła, że poprzednie życie nie było snem. Wzięła głębszy wdech, usiłując się skupić; owszem, pewne zaklęcia była w stanie wyrecytować nawet w środku nocy, ale nie chciała ryzykować, że z powodu rozkojarzenia coś pomyli formuły. Nawet jeśli nie należały do szczególnie skomplikowanych.
Naprawdę była ostrożna w tym, co robiła. Stopniowe osuszanie, najpierw wstępne, ogólne, a potem kartka po kartce, przy czym każdą przewracała niemalże z namaszczeniem. Pewnie, starała się dodatkowo cofnąć wszelkie zniekształcenia z pomocą magii, ale woda to bezlitosny żywioł, w połączeniu zaś dodatkowo z solą… To nie miało jednak prawa się udać. Atrament, farby, akwarele i sam Steward chyba tylko wiedział, co jeszcze – to też się mieszało. Rozpływało. Przebijało.
- Przykro mi – niemalże szepnęła po naprawdę długiej chwili. Nie musiała raczej tłumaczyć, sam wszak mógł obserwować cały proces, dostrzec, co nie uległo całkowitemu zniszczeniu. Powinna się była podnieść, oddać mu ten cholerny szkicownik, odwrócić się na pięcie i odejść, jak na cmentarzu. Ale wciąż tkwiła w tej pozycji, nadal z różdżką w ręce, wpatrując się bezradnie w to, co tak chciała uratować. W to, co świadczyło o tym, że przez cały ten czas rozłąki nadal się nie zmienił. Wszystko w swoistym chaosie, niepoukładane, czasem jedno na drugim – choć przecież zawsze kręciła nosem, gdy tylko dostrzegała, że znowu tak postąpił. Rysunki, które pamiętała, a czasem nawet obserwowała proces ich powstawania, gdy bezczelnie zerkała Patrickowi przez ramię.
I to wszystko odeszło, nie licząc tego marnego ułamka, co udało się ocalić…
Ale może to nie oznaczało to nic. Może nadal go nie lubiła – jak sądził przecież – tylko po prostu została na tyle mocno wytrącona z równowagi, że ukazała część innej twarzy, której istnienia być może nie dało się podejrzewać. Nie przy dotychczasowym podejściu, kiedy wydawać się mogło, że tylko szuka okazji, jak by tu dopiec, że czyha na nieopatrznie rzucone słowo, aby się w nie wczepić i całkowicie odwrócić kota ogonem.
Zamarła, gdy przyznał się, że bynajmniej nie była świadkiem próby samobójstwa. Fala ulgi, jaka ją zalała sprawiła, że przez chwilę nie była pewna, czy przypadkiem zaraz nogi się pod nią nie ugną, przez co wyląduje szacownymi literami na deskach molo. Pochyliła głowę, chcąc ukryć wyraz twarz przed Stewardem; tego wszystkiego było dużo.
Za dużo.
A czy tego chciała czy nie – nie mogła sobie pozwolić na pęknięcie, rozszlochanie się, wypuszczenie z siebie wszystkiego, co się kłębiło. Strachu. Nieopisanej tęsknoty. Złości też, wszak ta też jej nie opuszczała – mógł być ostrożniejszy!
… i mogła, do jasnej cholery, lepiej wybrać sobie ciało do opętania.
- Z mojego miejsca to wyglądało inaczej. Najwyraźniej miałeś dziś szczęście – odparła, brzmiąc już jakoś inaczej. Bardziej miękko, jakby nagle zostało spuszczone całe powietrze z balonika.
Sprawa szkicownika jednak pozwoliła kobiecie wziąć się jako tako w garść, pozwalając skupić się na czymś innym. Sprawa może i przegrana, ale… coś w nie nie pozwalało patrzeć, jak ten zbiór połączonych kartek, w którym zawierały się ich wspólne wspomnienia, tak po prostu sobie umarł, bez jakichkolwiek prób ocalenia.
Bo może była głupia wierząc, iż słusznie próbuje przetrwać w świecie, w którym musiała uważać na każdy krok, aby nie skończyć ponownie za Zasłoną. Może marzenie o połączeniu się i wspólnym życiu to tylko bardzo, bardzo durna mrzonka, godna małego dziecka.
Tak boleśnie blisko, a jednocześnie tak daleko.
A ten szkicownik…? Zdawał się być takim samym symbolem, jak ten, co nosiła na szyi. No, prawie takim samym, bo nie zamykało się w nim aż tyle marzeń, uczuć i cichej nadziei, co w srebrnej foczce, która wyciągała swe płetwy w ochronnym geście, co uwidoczniało się najlepiej w zestawieniu z drugim wisiorkiem.
Nawet po śmierci nie potrafiła zrezygnować z danej kiedyś obietnicy, że już zawsze – zawsze! - będzie go nosić i się z nim nie rozstanie. Stanowił też swego rodzaju kotwicę, przypomnienie, że może nie wszystko stracone, zwłaszcza gdy nocą nie chciał przyjść sen, a dłoń sama z siebie zamykała się na srebrnej ozdóbce.
Klęknęła na deskach, kładąc przemoczoną kupkę nieszczęścia przed sobą. Obchodziła się z nią jak z jajkiem – delikatnie, niemalże z czułością.
- Niczego nie obiecuję – uprzedziła krótko, pochylając się nad szkicownikiem. I drgnęła, gdy wspomniał wisiorek. Jakimś cudem powstrzymała gwałtowną, nierozsądną chęć chwycenia tej błyskotki i schowania jak najgłębiej się tylko dało – wzbudzałoby to raczej większe podejrzenia niż samo noszenie tej samej biżuterii, co ukochana Patricka. Niesamowity zbieg okoliczności? Owszem, ale to też nie tak, że powstała tylko jedna focza para. Chyba…?
- Taki sobie. Ale go lubię – odparła dość szorstko, starając się brzmieć, jakby nic nie znaczył. Choć przecież znaczył wszystko. Stanowił jedyną namacalną rzecz, która dowodziła, że poprzednie życie nie było snem. Wzięła głębszy wdech, usiłując się skupić; owszem, pewne zaklęcia była w stanie wyrecytować nawet w środku nocy, ale nie chciała ryzykować, że z powodu rozkojarzenia coś pomyli formuły. Nawet jeśli nie należały do szczególnie skomplikowanych.
Naprawdę była ostrożna w tym, co robiła. Stopniowe osuszanie, najpierw wstępne, ogólne, a potem kartka po kartce, przy czym każdą przewracała niemalże z namaszczeniem. Pewnie, starała się dodatkowo cofnąć wszelkie zniekształcenia z pomocą magii, ale woda to bezlitosny żywioł, w połączeniu zaś dodatkowo z solą… To nie miało jednak prawa się udać. Atrament, farby, akwarele i sam Steward chyba tylko wiedział, co jeszcze – to też się mieszało. Rozpływało. Przebijało.
- Przykro mi – niemalże szepnęła po naprawdę długiej chwili. Nie musiała raczej tłumaczyć, sam wszak mógł obserwować cały proces, dostrzec, co nie uległo całkowitemu zniszczeniu. Powinna się była podnieść, oddać mu ten cholerny szkicownik, odwrócić się na pięcie i odejść, jak na cmentarzu. Ale wciąż tkwiła w tej pozycji, nadal z różdżką w ręce, wpatrując się bezradnie w to, co tak chciała uratować. W to, co świadczyło o tym, że przez cały ten czas rozłąki nadal się nie zmienił. Wszystko w swoistym chaosie, niepoukładane, czasem jedno na drugim – choć przecież zawsze kręciła nosem, gdy tylko dostrzegała, że znowu tak postąpił. Rysunki, które pamiętała, a czasem nawet obserwowała proces ich powstawania, gdy bezczelnie zerkała Patrickowi przez ramię.
I to wszystko odeszło, nie licząc tego marnego ułamka, co udało się ocalić…
793/2590