Ten tydzień w zasadzie był dosyć intensywny, pełen różnych emocji. Męczyło ją to wszystko, była wyczerpana całą tą sytuacją, ale nadal nie widziała problemu w tym, aby znaleźć się z nim w tym parku. Może kiedyś wszystko się ułoży i jakoś się w tym odnajdą, z czasem pewnie powinno być łatwiej, prościej zaakceptować to, co się między nimi działo.
- Czyli po prostu powinnam się spodziewać wszystkiego, całkiem to proste. - Nigdy nie mogła wiedzieć, co się wydarzy, nie, żeby ją to specjalnie zaskakiwało. Tutaj nic, nigdy nie było pewne. To, co się działo było dość skomplikowane, poplątane, ale najwyraźniej w ogóle jej nie przeszkadzało, bo przecież inaczej by jej tutaj nie było.
Aktualnie faktycznie wszystko wydawało się być zupełnie naturalne. Roise zachowywał się w typowy dla siebie sposób, dbał o jej zdrowie, jak przystało na uzdrowiciela.
Skoro zasugerował jej nachylenie się, to cóż, ledwie chwilę później znalazła się bliżej niego. Najwyraźniej chciał jej zdradzić jakąś tajemnicę, wypadałoby, aby faktycznie nikt ich nie mógł podsłuchać. To nie tak, że aktualnie praktycznie nie było to możliwe, bo przecież nikogo poza nimi nie było w okolicy, no w odległości kilkunastu metrów, a może nawet kilkudziesięciu.
- Musisz ich chyba jednak leczyć na tyle dobrze, aby w końcu ktoś nie postanowił tego zweryfikować, gdybyś zostawiał po sobie trupy... to pewnie nie byłoby takie proste. - Na co komu szkoła, lata nauki, jeśli można się było tam zakręcić i wejść z ulicy, tak jasne... Swoją drogą zawsze trochę podziwiała uzdrowicieli, że chciało im się tyle czasy poświęcać na dokształcanie się, ona chyba umarłaby przy tym z nudy.
- Naprawdę mogłabym ją kupować? Kurde, tyle lat żyłam w nieświadomości. - Tak, ciągnęła temat, bo ta rozmowa przybrała bardzo lekki ton i zdecydowanie właśnie tego potrzebowała. To nie tak, że mieli całę masę spraw, które powinni przegadać, gdzie tam, po co było robić to, co i tak nie mogło przed nimi uciec.
- Lepsi od zwyczajnych zjadaczy chleba, rozumiem. - Pokręciła jedynie głową. Cóż, to było wcale nie najgorsze podejście, zresztą Ambroise akurat nigdy nie miał problemu z poczuciem własnej wartości. Lubił zadzierać nosa i czuł się lepszy od innych, ale przecież ta pewność siebie nigdy jej nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie - lubiła to w nim.
Nie, żeby uważała, że z jej zdrowiem coś było nie tak, bo przecież sama naprawdę rzadko chorowała, zdecydowanie częściej przytrafiały jej się po prostu urazy związane z pracą którą wykonywała. Polowania nie były szczególnie bezpiecznym zajęciem, szczególnie przy jej porywczości, często reagowała automatycznie bez rozmyślania nad ewentualnymi konsekwencjami.
- Tak, ubrania też sobie zostawiłam. - Oczywiście, że mu to nie umknęło, jakże by mogło. Roise zwracał uwagę na szczegóły, nie było więc w tym niczego dziwnego. Cóż, nie dało się ukryć, że Geraldine całkiem praktycznie podchodziła do sprawy. Wszystko mogło się jej przydać, a do tego o nim przypominało. Skoro nie mogła mieć go u swojego boku, to pozostawały jej chociaż te rzeczy, które u niej zostawił.
- Wyjątkowo popaprani. - Nie, żeby miała coś złego na myśli, ale bardzo dobrze zdawali sobie sprawę na czym polegała ta ich wyjątkowość. Ostatnio niosło to ze sobą sporo złego, ale kiedyś uważała to za ich zaletę. Jak widać wszystko zależne było od punktu widzenia, oraz momentu życia, w którym się właśnie znajdowali. Nie mogło być zbyt kolorowo, czyż nie? Czas najwyższy się z tym pogodzić.
Czy tego chcieli, czy nie byli ze sobą mocno splątani, więc musieli to po prostu zaakceptować, bo nie było sensu z tym walczyć, nie sądziła, aby udało się wygrać z tym, co ich łączyło. Tylko i wyłącznie od nich samych zależało to, co z tym zrobią. Aktualnie, cóż, nie robili niczego konkretnego. Miotali się, nadal znajdowali się koło siebie, chociaż to też nie do końca im służyło, nie gdy nie byli gotowi podjąć żadnej, konkretnej decyzji. Pewnie kiedyś do tego dojrzeją, czy coś, ten moment będzie musiał nadejść.
- Mogę z nimi zaczekać, naprawdę będzie Ci się chciało jeszcze robić śniadanie? - Ciągle zapominała o tym, jak dobrze było mieć go u swojego boku. Nie musiała się wtedy zupełnie przejmować tym, co będzie jadła. Roise dbał o jej dietę, pilnował, żeby w miarę zdrowo się odżywiała. Niestety Geraldine nigdy nie opanowała nawet kilku podstawowych dań, które umiałaby sobie ugotować. Kiedy Ambroisa nie było przy niej jedzenie dostarczała jej Triss.
Zakładała, że spędzą razem ten poranek, skoro już postanowili wspólnie opuścić Munga, później udać się na spacer. Nie mieli żadnych pilnych spraw do załatwienia, więc to wydawało się być odpowiednie. Nie chciała jeszcze się od niego odsuwać, niby wczoraj w nocy powinna wyjść ze szpitala i zacząć go unikać, ale do tego nie doprowadzili. Nadal trwali przy sobie, dawali sobie kolejne godziny. Nie, żeby to było szczególnie rozsądne, ale póki co nie zamierzała wracać do tej rozmowy, nie chciała, żeby znowu się pokłócili, bo była pewna, że to się wydarzy. Ostatnio przytrafiało im się to coraz częściej.
- Możemy pójść do mnie, wprawdziwe nie będziemy tam sami, ale podejrzewam, że Astaroth i tak będzie spał. - Powinna mu była odciąć dostęp od eliksirów nasennych, nie zdążyła jednak jeszcze zlokowalizować jego dostawcy. Brat jednak nie powinien im przeszkadzać, zapewne nawet nie zauważy, że wróciła do domu i to nie sama. Nie przywykła jeszcze do dzielenia mieszkania z kimś z rodziny, to było dla niej ciągle nowością, bo od lat albo mieszkała sama, albo z Roisem. Aktualnie jednak musiała się opiekować swoim młodszym bratem, wampirem. Nigdy nie zakładałaby, że w ogóle coś takiego może się im przytrafić, jak widać los często śmiał jej się w twarz.
Tak właściwie to było jej zupełnie obojętne, czy pójdą do niej, czy do niego. Musieli tak, czy siak jednak zahaczyć o jej mieszkanie, nie chciała zrzucać mu na głowę jeszcze swoich psów, więc dużo bardziej naturalne wydawało jej się, że po prostu zostaną w jej mieszkaniu.