05.03.2025, 15:59 ✶
– Moja droga, pogięcie serwetek nie sprawi, że moje pytanie przestanie być aktualne, a odpowiedź będzie mniej pragnąć, aby zostać wypowiedziana na głos – powiedział, widząc jak Millie bezceremonialnie pozbywa się listy, na której zapisała chwilę wcześniej imiona swoich potencjalnych zalotników, ale w momencie kiedy wypowiedział te słowa, ona już tasowała karty tarota i rozłożyła przed nim... Jakieś obrazki.
Hm... Niby diabeł i przebity mieczami trup nie prezentowały się najlepiej, ale kiedyś, gdy był jeszcze w Hogwarcie, za każdym razem na widok Śmierci w czyimś tarocie łapał się za głowę, tylko po to aby dowiedzieć się, że nie jest to aż tak tragiczna karta, więc kto wie? Może diabeł tak naprawdę zwiastował coś innego? Na przykład karierę prawniczą.
Masz przejebane.
Oh... A może i nie. Paradoksalnie, gdy tylko usłyszał to stwierdzenie, nachylił się do niej bliżej zdecydowanie bardziej zainteresowany potencjalnymi dramatami w jego życiu. A potem zmarszczył bardzo zaniepokojony brwi. Było widać, że miał zmartwienia? Pomimo tych wszystkich kremów jego bezsenność wychodziła na wierzch? Na bogów...
Nie podobało mu się to co mówiła. Jednak tragicznie nie było, ale... Ale to wszystko co opisywała.... Nagle zrobiło się tu jakoś duszniej. On się nie okłamywał. To był koniec. Nie było niczego więcej. Miało nie był niczego więcej. Nie chciał... Nie chciał już więcej z nim rozmawiać. Nie. To miało być zakończone. Tylko... Tylko, że te wyrzuty sumienia, ta troską że względu na tyle wspólnie spędzonych lat, ponownie zaczynała się do niego dobijać. Musiał mu to kiedyś wyjaśnić. Musiał z nim porozmawiać. Ale co jeśli wtedy do siebie wrócą? Co jeśli...
– Mgła opadnie – wymamrotał, bardziej do siebie niż do niej, i dopiero po chwili przypomniał sobie, że jego maska pozornie mającego dobry dzień czarodzieja, powoli zaczyna opadać. – Hm... Czyli jednak diabeł nie jest taki tragiczny. Tak... Złagodzenie ran. To... To chyba coś czego może kiedyś bym chciał dla dobra swojego i... jeg-jej. – Nie miał pojęcia co się działo, że tak wytrącał się teraz z równowagi. Przecież wszystko było dobrze. Nie było żadnej tragedii. Żadnej.
– Domowa kłótnia? — Na bogów, z kim miałby się kłócić? Nikt nie przychodził mu do głowy. Jeśli Ci których traktował jako rodzina, nie obrazili się na niego przy okazji wampirzych problemów, to jak mieliby się obrazić na niego teraz?
– Millie, no nie wiem moja droga. Ta historia wymagałaby tego, aby ktoś też był szczery w swoim opowiadaniu. – Uśmiechnął się do niej. Powoli wracał do siebie. Powoli było dobrze. – W każdym razie, tak sobie myślałem. Zielone ściany w salonie, ale takie ciemniejsze. Trzeba byłoby to jednak rozjaśnić dodatkami. Ewentualnie beże chociaż sam nie wiem. Nie chcę by pomieszczenia wyglądały bezdusznie jeśli wiesz co mam na myśli. No i mural. I żadnych sowieckich meblościanek.
Hm... Niby diabeł i przebity mieczami trup nie prezentowały się najlepiej, ale kiedyś, gdy był jeszcze w Hogwarcie, za każdym razem na widok Śmierci w czyimś tarocie łapał się za głowę, tylko po to aby dowiedzieć się, że nie jest to aż tak tragiczna karta, więc kto wie? Może diabeł tak naprawdę zwiastował coś innego? Na przykład karierę prawniczą.
Masz przejebane.
Oh... A może i nie. Paradoksalnie, gdy tylko usłyszał to stwierdzenie, nachylił się do niej bliżej zdecydowanie bardziej zainteresowany potencjalnymi dramatami w jego życiu. A potem zmarszczył bardzo zaniepokojony brwi. Było widać, że miał zmartwienia? Pomimo tych wszystkich kremów jego bezsenność wychodziła na wierzch? Na bogów...
Nie podobało mu się to co mówiła. Jednak tragicznie nie było, ale... Ale to wszystko co opisywała.... Nagle zrobiło się tu jakoś duszniej. On się nie okłamywał. To był koniec. Nie było niczego więcej. Miało nie był niczego więcej. Nie chciał... Nie chciał już więcej z nim rozmawiać. Nie. To miało być zakończone. Tylko... Tylko, że te wyrzuty sumienia, ta troską że względu na tyle wspólnie spędzonych lat, ponownie zaczynała się do niego dobijać. Musiał mu to kiedyś wyjaśnić. Musiał z nim porozmawiać. Ale co jeśli wtedy do siebie wrócą? Co jeśli...
– Mgła opadnie – wymamrotał, bardziej do siebie niż do niej, i dopiero po chwili przypomniał sobie, że jego maska pozornie mającego dobry dzień czarodzieja, powoli zaczyna opadać. – Hm... Czyli jednak diabeł nie jest taki tragiczny. Tak... Złagodzenie ran. To... To chyba coś czego może kiedyś bym chciał dla dobra swojego i... jeg-jej. – Nie miał pojęcia co się działo, że tak wytrącał się teraz z równowagi. Przecież wszystko było dobrze. Nie było żadnej tragedii. Żadnej.
– Domowa kłótnia? — Na bogów, z kim miałby się kłócić? Nikt nie przychodził mu do głowy. Jeśli Ci których traktował jako rodzina, nie obrazili się na niego przy okazji wampirzych problemów, to jak mieliby się obrazić na niego teraz?
– Millie, no nie wiem moja droga. Ta historia wymagałaby tego, aby ktoś też był szczery w swoim opowiadaniu. – Uśmiechnął się do niej. Powoli wracał do siebie. Powoli było dobrze. – W każdym razie, tak sobie myślałem. Zielone ściany w salonie, ale takie ciemniejsze. Trzeba byłoby to jednak rozjaśnić dodatkami. Ewentualnie beże chociaż sam nie wiem. Nie chcę by pomieszczenia wyglądały bezdusznie jeśli wiesz co mam na myśli. No i mural. I żadnych sowieckich meblościanek.