05.03.2025, 22:59 ✶
Kochałem siostrę, ale miała naprawdę paskudne wyczucie czasu. Chciałem spać, chciałem zasnąć i przespać całą noc, a także kolejny dzień, zamiast tego... ona co? Proponowała mi spacer? Od kiedy chodziliśmy na spacery? Od kiedy gdziekolwiek chodziliśmy razem...? Raczej przypominało to nasze życie ciągłe mijanie się albo umyślne unikanie trudnych relacji rodzinnych. Te nieliczne wspólne polowania teraz czy jeszcze za mojego życia...
Ech, nie chciałem jej krytykować, bo mimo wszystko ją kochałem, ale nie miałem na nic siły. Potrzebowałem snu jak mało czego. Może snu i krwi.
- Wypiłem wszystkie zapasy, ale może zaraz dostanę coś listownie. Oby - stwierdziłem, budząc się nieco ze zmartwienia. Bo co, jeśli jednak nie przyjdą? Jak miałem zasnąć bez kolejnej fiolki?! Jak przetrwać kolejne dni?! - Oby - powtórzyłem, niemal przerażony, podnosząc się z poduszki i rozglądając za nowymi listami. Może już coś przyszło? Może Victoria mi odpisała? Ale nic . Nic nie widziałem.
Teraz naprawdę się spiąłem. Moje myśli przyspieszyły, krążąc wokół tematu szybkiego skołowania eliksirów. Już nawet w desperacji rozważałem szamrane Podziemne Ścieżki, ale miałem jeszcze opcje na powierzchni.
- Myślisz, że Ambroise coś ma?! Widziałaś się z nim ostatnio? - zapytałem. Tak, to by było na tyle, jeśli chodzi o relacje rodzinne, tęsknotę i cieszenie się na widok siostry. Pewnie powinienem się ucieszyć, ale zrobiłbym to dopiero, gdyby pojawiła się z nowymi dawkami eliksiru. - Potrzebuję nawet czegoś mocniejszego. Niech mnie zwali z nóg - stwierdziłem optymistycznie. Cokolwiek, byleby nie śnić. Krew, mordowanie, krew, krzyki, krew, zło. Tyyyleee złaaa. Nie mogłem już więcej znieść.
- Może napiszę znowu do Victorii. Może ma coś mocniejszego - mruknąłem, podnosząc list, który wcześniej do mnie napisała.
Prośba. Zapomniałem, że miała do mnie jakąś prośbę, że się zgodziłem, ale... to potem, tak, wpierw eliksir. Odrzuciłem więc list na bok, wyciągając się na łóżku, by chwycić niezapisany arkusz z szafki nocnej. Pióro miałem pod ręką. Pisałem niedawno. Albo dawno. Ciężko było stwierdzić.
- Kilka dni temu? - rzuciłem do Geraldine. - Kilka dni temu to była tu też Kimi - zauważyłem, gniotąc kartkę na kolanie. Poprawiałem ją nadmiernie, zdenerwowany.
Zacząłem pisać koślawy początek. Coś w stylu Najlepsza Victorio.
- Nie pamiętam, kiedy byłaś ostatnio, ale pamiętam, że zabijałem cię we snach, a ty zabijałaś mnie. Nie wiem, które z nas wygrałoby prawdziwy sparing, ale niewiele brakowało bym cię w Windermere zjadł. Nie rozmawialiśmy o tym. Nie rozmawialiśmy też o jaskini. Ani o twoim zniknięciu. Rozmawiałem za to z tobą o piciu alkoholu i twoim destrukcyjnym trybie życia, ale widzę, że nie dotarło. Nic ode mnie nigdzie nie dociera. W jednym śnie byłem duchem, którego nie było widać, a w innym samą Śmiercią - wyznałem jej monologiem, nie mogąc zebrać myśli do listu.
Fiolka, którą wcześniej wypiłem, wciąż trzymała mnie w jakimś półśnie, ale nie w sposób, który mógłby mi przynieść pełny, spokojny odpoczynek. Rozproszyłem się i teraz wpatrywałem się w swoją dłoń, szukając w niej oznak bycia kościotrupem.
- To było jeszcze gorsze od krwi - podsumowałem, mimowolnie zapisując te słowa na kartce.
Miałem wrażenie, że czarny atrament był po prostu czerwienią krwi zniekształconą przez półmrok panujący w pokoju.
Czerwień krwi. Mrok pokoju. Taaak... TAAAK! BYŁA NADZIEJA!
- A CO Z TWOJĄ SYPIALNIĄ?! MASZ COŚ W SWOJEJ SYPIALNI?! - zapytałem nad wyraz ponaglająco. Tam mógł być mój skarb. Tam nie sprawdzałem, bo nie miałem dostępu do pokoju Geraldine przez te głupie zamki.
Ech, nie chciałem jej krytykować, bo mimo wszystko ją kochałem, ale nie miałem na nic siły. Potrzebowałem snu jak mało czego. Może snu i krwi.
- Wypiłem wszystkie zapasy, ale może zaraz dostanę coś listownie. Oby - stwierdziłem, budząc się nieco ze zmartwienia. Bo co, jeśli jednak nie przyjdą? Jak miałem zasnąć bez kolejnej fiolki?! Jak przetrwać kolejne dni?! - Oby - powtórzyłem, niemal przerażony, podnosząc się z poduszki i rozglądając za nowymi listami. Może już coś przyszło? Może Victoria mi odpisała? Ale nic . Nic nie widziałem.
Teraz naprawdę się spiąłem. Moje myśli przyspieszyły, krążąc wokół tematu szybkiego skołowania eliksirów. Już nawet w desperacji rozważałem szamrane Podziemne Ścieżki, ale miałem jeszcze opcje na powierzchni.
- Myślisz, że Ambroise coś ma?! Widziałaś się z nim ostatnio? - zapytałem. Tak, to by było na tyle, jeśli chodzi o relacje rodzinne, tęsknotę i cieszenie się na widok siostry. Pewnie powinienem się ucieszyć, ale zrobiłbym to dopiero, gdyby pojawiła się z nowymi dawkami eliksiru. - Potrzebuję nawet czegoś mocniejszego. Niech mnie zwali z nóg - stwierdziłem optymistycznie. Cokolwiek, byleby nie śnić. Krew, mordowanie, krew, krzyki, krew, zło. Tyyyleee złaaa. Nie mogłem już więcej znieść.
- Może napiszę znowu do Victorii. Może ma coś mocniejszego - mruknąłem, podnosząc list, który wcześniej do mnie napisała.
Prośba. Zapomniałem, że miała do mnie jakąś prośbę, że się zgodziłem, ale... to potem, tak, wpierw eliksir. Odrzuciłem więc list na bok, wyciągając się na łóżku, by chwycić niezapisany arkusz z szafki nocnej. Pióro miałem pod ręką. Pisałem niedawno. Albo dawno. Ciężko było stwierdzić.
- Kilka dni temu? - rzuciłem do Geraldine. - Kilka dni temu to była tu też Kimi - zauważyłem, gniotąc kartkę na kolanie. Poprawiałem ją nadmiernie, zdenerwowany.
Zacząłem pisać koślawy początek. Coś w stylu Najlepsza Victorio.
- Nie pamiętam, kiedy byłaś ostatnio, ale pamiętam, że zabijałem cię we snach, a ty zabijałaś mnie. Nie wiem, które z nas wygrałoby prawdziwy sparing, ale niewiele brakowało bym cię w Windermere zjadł. Nie rozmawialiśmy o tym. Nie rozmawialiśmy też o jaskini. Ani o twoim zniknięciu. Rozmawiałem za to z tobą o piciu alkoholu i twoim destrukcyjnym trybie życia, ale widzę, że nie dotarło. Nic ode mnie nigdzie nie dociera. W jednym śnie byłem duchem, którego nie było widać, a w innym samą Śmiercią - wyznałem jej monologiem, nie mogąc zebrać myśli do listu.
Fiolka, którą wcześniej wypiłem, wciąż trzymała mnie w jakimś półśnie, ale nie w sposób, który mógłby mi przynieść pełny, spokojny odpoczynek. Rozproszyłem się i teraz wpatrywałem się w swoją dłoń, szukając w niej oznak bycia kościotrupem.
- To było jeszcze gorsze od krwi - podsumowałem, mimowolnie zapisując te słowa na kartce.
Miałem wrażenie, że czarny atrament był po prostu czerwienią krwi zniekształconą przez półmrok panujący w pokoju.
Czerwień krwi. Mrok pokoju. Taaak... TAAAK! BYŁA NADZIEJA!
- A CO Z TWOJĄ SYPIALNIĄ?! MASZ COŚ W SWOJEJ SYPIALNI?! - zapytałem nad wyraz ponaglająco. Tam mógł być mój skarb. Tam nie sprawdzałem, bo nie miałem dostępu do pokoju Geraldine przez te głupie zamki.