Nie miała pojęcia, kiedy ponownie znaleźli się na stopie przyjacielskiej. Nie ustalili tego, to wydarzyło się samo z siebie, zupełnie znienacka. Najpierw kłócili się na dachu szpitala, rozstawali po raz kolejny, a teraz stali w tym parku wpatrując się w siebie bardzo intensywnie, a przy okazji próbowali być dla siebie tylko i wyłącznie przyjaciółmi. To było nieprzemyślane, a jakże, zupełnie nienaturalne, szczególnie, kiedy znajdowali się tak blisko siebie, zdecydowanie zbyt blisko. Gdyby dali sobie kilka sekund pewnie ponownie przekroczyliby tę niewidzialną granicę. Nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości. Tak już przecież z nimi było. Nie umieli zamykać się w tej strefie przyjaźni, ona nigdy nie była dla nich stworzona, to zawsze musiało być coś więcej. Wystarczyłoby, żeby dotknęła opuszkami palców jego policzka, poczuła pod nimi ciepło skóry mężczyzny, a na pewno byłaby stracona. Jakimś cudem jednak udało jej się mrugnąć, przerwać to intensywne spojrzenie, które mogło ponownie poprowadzić ich ku zapomnieniu.
- Wiesz, każdy, kolejny rok życia zbliża nas ku zasłonie. - Dodała marszcząc przy tym nos. Nie, żeby uważała się za szczególnie starą, chociaż w oczach wielu mogła właśnie tak się malować. Przekroczyła wiek mile widziany u samotnej kobiety, zdecydowanie nie łapała się w typowe dla czystokrwistych standardy. Pewnie dlatego tak chętnie plotkowano o jej sprawach sercowych, chociaż właściwie nie było o czym opowiadać. Tylko raz w swoim życiu znajdowała się na takim etapie, że w ogóle przeszło jej przez myśl to, że mogła się ustatkować. Nic z tego nie wyszło, więc nie zamierzała tego powtarzać. Zresztą była tylko jedna, jedyna osoba z którą zdecydowałaby się wejść w coś takiego, stała właśnie na przeciwko niej, ale wiedziała, że to nie będzie możliwe. Nie było im pisane szczęśliwe zakończenie, chociaż kiedyś myślała inaczej. Musiała się z tym pogodzić, tyle.
- To bardzo dawno temu. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo, bo w sumie to wcale nie musiała tego wiedzieć. Nie słyszała o tym, aby z kimś się prowadzał przez ostatnie dwa lata, nie pytała o to, wolała w to nie wnikać, bo pewnie odrobinę by ją to zabolało, co było hipokryzją, bo przecież Geraldine też szukała zapomnienia w ramionach innych mężczyzn.
- Zgadzam się, zresztą bardzo łatwo jest sobie owinąć wokół palca taką gówniarę, sięganie po takie zagrywki świadczy tylko o samym zainteresowanym. - Znowu nie miała problemu z tym, aby przyznać mu rację, byli dzisiaj wyjątkowo ugodowi i zgodni, jak przystało na prawdziwych przyjaciół.
- Tak, żarliśmy się, ale czy ja wiem, czy wtedy faktycznie Cię, aż tak bardzo nie trawiłam... - Oczywiście, że nie wyparła z pamięci i tego etapu ich znajomości. Wkurwił ją wtedy dość mocno, bo ugryzł rękę, którą do niego wyciągnęła, wzgardził jej wsparciem, a nie znosiła takich sytuacji. Nie zmieniało to faktu, że nadal wzbudzał jej zainteresowanie, na jakim etapie znajomości by nie byli to zawsze łączyły ich bardzo silne emocje. - To by źle o Tobie świadczyło, gdybyś w szkole chciał mnie... - Była przecież dzieciakiem, kiedy go poznała. Z czasem jednak ta drobna różnica wieku przestała mieć znaczenie. - albo mogłabym Cię pobić? To też jest jakaś metoda. - Oczywiście, że byłaby skłonna po nią sięgnąć, może i Roise nie - zdecydowanie miał swoje zasady, ale Yaxleyówna przekraczała wszelkie granice przyzwoitości i od zawsze rzucała się z łapami do typów, którzy nadepnęli jej na odcisk.
Ambroise jednak wcale nie wkurwiał jej, aż tak bardzo, żeby sięgała po przemoc, na żadnym etapie ich wspólnej, poplątanej egzystencji na tym świecie. Zresztą właśnie skupiali się na tym, jakimi to nie byli wspaniałymi przyjaciółmi, nie mogła w to uwierzyć. Kolejna zmiana narracji, bo przecież ledwie kilka dni temu wspominali o tym, że to nie przejdzie.
- Nie podpierdalam kolegów, podejrzewam, że życzenie powodzenia nie będzie tu potrzebne, a butelka dobrej whisky. - Znali Corneliusa, wiedzieli, jak się z nim obchodzić, tak naprawdę to nie wydawało jej się być szczególnie trudnym zadaniem. Nie miała pojęcia, dlaczego jak do tej pory tego nie zrobiła, a teraz Roise sam jej to podsunął.
Dosyć szybko jednak przeszli do mniej przyjemnego, aczkolwiek chyba bardziej istotnego problemu. Musiała to ogarnąć, bo przecież Astaroth był dla niej ważny, był jej młodszym bratem, niedawna rozmowa z nim nieco ją przeraziła, niby miała już pewne doświadczenie z ćpunami, ale wolała o nim nie myśleć, zdecydowanie inaczej widziała los swojego brata.
Trochę ją ukuło to, kiedy wspomniał o tym, że byli rodziną, bo to oznaczało, że to już było za nimi, jednak nie chciała się na tym skupiać. Kiwnęła jedynie głową, bo docierał do niej sens jego słów. Kiedyś naprawdę mogli mieć wszystko, aktualnie zbliżały ich do siebie głównie problemy, to było okropnie przykre, ale chyba nie mogli nic z tym zrobić.
- Jeśli faktycznie nie będzie to dla Ciebie problemem, to nie widzę przeszkód, żebyś mi pomógł. - Jeszcze nieco ponad tydzień temu takie słowa nie padłyby z jej ust, próbowałaby go trzymać z daleka od swoich spraw i na siłę udowadniać, że jest w stanie poradzić sobie sama ze wszystkim. Teraz? Nieco się zmieniło. Ostatnio nic nie szło po jej myśli, czuła, że zawodzi na wszystkich możliwych płaszczyznach więc nie wzgardziła wsparciem, szczególnie, że Ambroise miał doświadczenie w takich sprawach.
- Tak, o to chodzi. - Zdawała sobie z tego sprawę, tylko póki co nie do końca potrafiła sobie to wyobrazić. Nigdy jeszcze nie robiła czegoś podobnego, to była dla niej nowość. Zastanawiała się, jak w ogóle wyciągną go z jej mieszkania, skoro ostatnio urządził sobie w nim swoją przytulną jaskinię i najwyraźniej w ogóle jej nie opuszczał.
- Nie chcę mieszać w to nikogo obcego. - Nie powinna robić tego bratu, zresztą nie chciała, aby informacje o jego stanie doszły do niepowołanych osób. Zależało jej na tym, aby nikt się nie dowiedział, co się aktualnie z nim działo.
Mrugnęła dwa razy, dosyć szybko kiedy Roise wspomniał o pieczętowaniu. Jasne był to jakiś pomysł, dosyć drastyczny, ale może jednak konieczny? Przynajmniej będą mieli pewność, że nie opuści tego domu. To miało sens, chociaż brzmiało naprawdę chujowo.
- Jest to jakaś opcja, całkiem rozsądna. - Nie miała zamiaru negować tego pomysłu, nie gdy wydawał się być jedynym właściwym i mającym sens. - Jaka jest pewność, że nas nie zabije? Musimy mieć na uwadze to, że on jest wampirem, nie wiem, czy jedna osoba to nie za mało, sam wiesz, że nie do końca nad sobą panuje, a do tego będzie odstawiał eliksiry. - Co wiązało się z tym, że osoba, która będzie znajdowała się z nim w zamknięciu będzie ryzykowała utratą życia. Nie ma się co oszukiwać, jej brat był bestią, która mogła skrzywdzić każdego, szczególnie gdy będzie rozjuszony.