06.03.2025, 00:33 ✶
| Nawet jeśli stolicy przydałoby się gruntowne sprzątanie z przeczyszczenie chodników i odnowieniem kamienic, to tego dnia ''Szklana Alchemia'' lśniła niczym najprawdziwszy klejnot w porównaniu do sąsiednich warsztatów rzemieślniczych. A kto wie, może nawet lokali usługowych. Dziś za ladą stał Elias, a jego kwitnący pedantyzm w kwestii porządku objawił się dość wyraziście - między obsługiwaniem klientów a kierowaniem dostaw do warsztatu, przypomniał głównej sali, jak naprawdę działają zaklęcia czyszczące. Kiedyś wszyscy mu za to podziękują, na pewno. Widok egzotycznego gościa przeglądającego półki i wystawy nie zaskoczył specjalnie Bletchleya. Lato może i się skończyło, a dzieciaki wróciły do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, ale sezon urlopowy wcale nie dobiegł końca. Właśnie we wrześniu wielu ludzi decydowało się na zwiedzanie Londynu – miasta chaotycznego i głośnego, choć nieco spokojniejszego w ciągu dnia, kiedy większość mieszkańców była w pracy, a dzieciaki w końcu siedziały w ławkach wiele mil stąd. Eli nie mógł jednak nie zauważyć niesamowicie kolorowej, kwiaciastej koszuli. Trudno było zignorować coś tak krzykliwego. — Między innymi — odparł niemalże automatycznie, uciekając spojrzeniem w bok. Miał wrażenie, że zaczynało mu się kręcić w głowie od tych kolorów. Schował ręce za plecami, poprawiając przy okazji wiązanie służbowego fartucha w kolorze khaki z logotypem ''Alchemii''. — Przy produkcji wykorzystujemy też inne składniki, żeby otrzymać pożądane właściwości szkła. Nie mówiąc już nawet o samej magii, pomyślał przelotnie. Barwienie szkła było proste, można było do tego wykorzystać odpowiednio silne i długotrwałe zaklęcia transmutacyjne lub tradycyjne techniki. Elijah preferował to drugie rozwiązanie. Bądź co bądź, gdyby akt tworzenia można było w pełni zastąpić paroma ruchami magicznej różdżki od Ollivandera, to już dawno byłby bezrobotny. Nie mówiąc już o tym, że co poniektórzy eksperci potrafili wręcz zaszczepić cząstkę siebie w danym przedmiocie. Pozostawić na nim odcisk własnych przeżyć. I to nie metaforycznie. — Że to? — powtórzył niepewnie po kliencie, odkładając na bok dokumentację sprzedażową, którą jeszcze chwile wcześniej porządkował za ladą. Zmrużył oczy, przyglądając się szklanemu obiektowi. — Wykorzystaliśmy tlenek złota. To dlatego szkło ma czerwony kolor. Na zapleczu mamy jeszcze niebieską wersję na bazie kobaltu. — Odchrząknął cicho, zastanawiając się, na jakie pytanie właściwie powinien jeszcze odpowiedzieć. — Zdarza nam się zaklianć niektóre produkty, żeby umożliwić umiejscowienie ich w... nieoczywistych konfiguracjach. Wszystko zależało od potrzeb klienta. I tego, czy planowali wypuścić na rynek więcej niż kilka sztuk danego obiektu. Gdy w grę wchodziły dziesiątki sztuk miniaturowych ozdób, masowe zaklinanie nagle stawało się drogim, acz niekoniecznie dochodowym biznesem. Elijah otworzył usta, gdy zapytano go o wejście do lustra. Odchylił głowę, jakby nie był pewny, czy obcy pyta poważnie. — A... A jak myślisz? — spytał niewinnie z nutką zaciekawienia w głosie. Sam w końcu był zagorzałym fanem tej teorii. Gdzieś tam było lustro, którym na pewno można było przejść do Krainy Czarów, do której zazdrośnie strzeżono wejścia. Na pewno. |