07.03.2025, 11:34 ✶
Rzuty – na nieufność npc + na percepcję przeciwko umce Lockhartów i uwierzeniu w historię Isaaca
Pewnie jeszcze kilka miesięcy temu nie dotarłoby do niej do końca, w jakim kontekście Isaac to mówi albo uznałaby, że sobie żartuje - teraz widziała tu raczej półżart.
- Dla ciebie to zawsze zabawa, Isaac - odparła więc szczerze, z bezpośredniością dla siebie typową, i pewnym absolutnie nowo nabytym zrozumieniem, że może się znaleźć jakiś chłopak, który upadł na głowę dostatecznie mocno, by uznać, że można się z nią umówić. - Dla mnie nie.
Nigdy nie zamierzała być niczyją zabawką. Jasne, podejrzewała, że Isaac nie robił niczego ze złą wolą – przynajmniej nie robił tego, jeśli nie zmienił się z czasów szkolnych - ale ona i Bagshot zdecydowanie podchodzili do pewnych spraw skrajnie inaczej.
- Taaak, ale jeśli się ukrywa, mogą uznać, że szukamy go w złych celach. To nie tak, że mają jakieś wielkie powody, żeby nam ufać - mruknęła, nie naciskała jednak, postanawiając zostawić tę sprawę w rękach Isaaca: miał zdecydowanie lepsze podejście do ludzi od niej, a zawsze mogli spróbować jeszcze kilku innych "sztuczek".
*
– Dzień dobry. Przepraszamy, że zawracamy pani głowę o tak wczesnej porze – przywitała się Brenna grzecznie, obdarzając zaskoczoną gospodynię uspokajającym uśmiechem, gdy ta otworzyła drzwi. Nie pchała się jednak na pierwszy plan, pozostawiając główny ciężar rozmowy na barkach Isaaca: zarówno ze względu na to, że faktycznie pamiętała go jako złotoustego chłopca, który jakoś łatwo w Hogwarcie każdego przekonywał do swojego, jak i… chyba chciała trochę zobaczyć, w jaki sposób poprowadzi tę rozmowę.
Pani Johnson zdawała się zaskoczona: może trochę przestraszona, gdy wspomnieli o Marcu. Zbladła, nieco mocniej zacisnęła palce na framudze, obejrzała się na moment do wnętrza domu, ale nie cofała się, nie zareagowała gwałtownie, choć gdy się odezwała, ton miała odrobinę nerwowy. Istniała całkiem spora szansa, że uwierzyła w opowieść charyzmatycznego chłopaka, który typowo dla Lockahrtów potrafił snuć historie tak, że rozmówca po prostu chciał mu wierzyć.
– Skąd pomysł… że mielibyśmy coś wiedzieć?
– Kiedyś widziałam państwo na jednym zdjęciu – wyjaśniła Brenna, ani myśląc przyznawać się do włamania. – Isaac martwi się o Marka, ale nie wiemy, co dokładnie się stało, więc najpierw postanowiliśmy spróbować nieoficjalnie… jeśli się nie uda, przyjmę oficjalne doniesienie w ramach Brygady.
– Och, nie, nie! – zaprotestowała pani Johnson, po czym rozejrzała się, nieco nerwowo. – Posłuchajcie… Mark… Mark po prostu uznał, że lepiej wyjechać z Anglii. Tak uznał. Jest nerwowo po Beltane, prawda?
Pewnie jeszcze kilka miesięcy temu nie dotarłoby do niej do końca, w jakim kontekście Isaac to mówi albo uznałaby, że sobie żartuje - teraz widziała tu raczej półżart.
- Dla ciebie to zawsze zabawa, Isaac - odparła więc szczerze, z bezpośredniością dla siebie typową, i pewnym absolutnie nowo nabytym zrozumieniem, że może się znaleźć jakiś chłopak, który upadł na głowę dostatecznie mocno, by uznać, że można się z nią umówić. - Dla mnie nie.
Nigdy nie zamierzała być niczyją zabawką. Jasne, podejrzewała, że Isaac nie robił niczego ze złą wolą – przynajmniej nie robił tego, jeśli nie zmienił się z czasów szkolnych - ale ona i Bagshot zdecydowanie podchodzili do pewnych spraw skrajnie inaczej.
- Taaak, ale jeśli się ukrywa, mogą uznać, że szukamy go w złych celach. To nie tak, że mają jakieś wielkie powody, żeby nam ufać - mruknęła, nie naciskała jednak, postanawiając zostawić tę sprawę w rękach Isaaca: miał zdecydowanie lepsze podejście do ludzi od niej, a zawsze mogli spróbować jeszcze kilku innych "sztuczek".
*
– Dzień dobry. Przepraszamy, że zawracamy pani głowę o tak wczesnej porze – przywitała się Brenna grzecznie, obdarzając zaskoczoną gospodynię uspokajającym uśmiechem, gdy ta otworzyła drzwi. Nie pchała się jednak na pierwszy plan, pozostawiając główny ciężar rozmowy na barkach Isaaca: zarówno ze względu na to, że faktycznie pamiętała go jako złotoustego chłopca, który jakoś łatwo w Hogwarcie każdego przekonywał do swojego, jak i… chyba chciała trochę zobaczyć, w jaki sposób poprowadzi tę rozmowę.
Pani Johnson zdawała się zaskoczona: może trochę przestraszona, gdy wspomnieli o Marcu. Zbladła, nieco mocniej zacisnęła palce na framudze, obejrzała się na moment do wnętrza domu, ale nie cofała się, nie zareagowała gwałtownie, choć gdy się odezwała, ton miała odrobinę nerwowy. Istniała całkiem spora szansa, że uwierzyła w opowieść charyzmatycznego chłopaka, który typowo dla Lockahrtów potrafił snuć historie tak, że rozmówca po prostu chciał mu wierzyć.
– Skąd pomysł… że mielibyśmy coś wiedzieć?
– Kiedyś widziałam państwo na jednym zdjęciu – wyjaśniła Brenna, ani myśląc przyznawać się do włamania. – Isaac martwi się o Marka, ale nie wiemy, co dokładnie się stało, więc najpierw postanowiliśmy spróbować nieoficjalnie… jeśli się nie uda, przyjmę oficjalne doniesienie w ramach Brygady.
– Och, nie, nie! – zaprotestowała pani Johnson, po czym rozejrzała się, nieco nerwowo. – Posłuchajcie… Mark… Mark po prostu uznał, że lepiej wyjechać z Anglii. Tak uznał. Jest nerwowo po Beltane, prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.