07.03.2025, 22:01 ✶
Atreus patrzył na kuzyna, trochę próbując by to było spojrzenie znaczące i równie wymowne, ale bardziej oceniał teraz, na ile te słowa znowu były tylko zasłoną, za którą Laurent chował swoje prawdziwe intencje. Dokładnie z resztą tak samo, jak Bulstrode chował teraz właściwe przemyślenia gdzieś głęboko i z dala od Victorii, która rozklejała się obok nich coraz bardziej.
Miała rację, dla niego wyglądało to tak, jakby roztrząsała się w przesadny sposób nad sprawą Dantego. Może rewelacje Laurenta były dość ciekawe i z rodzaju takich, których niekoniecznie się spodziewało po człowieku, ale odrobinę chyba dramatyzowała. Przywykł już chyba trochę do tego, że niektórym się tego typu rzeczy zdarzały, ale w jej przypadku czuł się o wiele bardziej niezręcznie niż zazwyczaj. Głównie dlatego, że Victoria Lestrange nie płakała. Victoria była skałą, której bardzo zgrabnie przychodziło odgrywanie tej odległej, czystokrwistej kobiety, która wiedziała jak powinna się prezentować. Stan, w jakim znajdowała się właśnie i który tylko pogłębiał się, był daleki od tego z jakiego ją znał. Ale prawda była taka, że Atreus wcale tak dobrze Victorii nie znał. Nie czuł z tego powodu wstydu, bo różnie się ludziom ścieżki w życiu układały, a ich ewidentnie się do pewnego momentu rozmijały, ale w tym momencie poczuł chyba ukłucie zawodu i zmęczenia. Gdyby ich znajomość wyglądał inaczej, ta sytuacja byłaby o wiele prostsza.
- Co masz na myśli, nie żyje? - zmarszczył brwi, patrząc nagle na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w całym swoim życiu. Było to niezbyt przemyślane pytanie, ale jej oznajmienie wcale nie było lepsze, wyduszone gdzieś pomiędzy łkaniem. Szkoda, że nie powiedziała że odszedł, bo wtedy dopiero dawałoby to potencjał na lawinę pytań, ale tak? Wystarczyło parę uderzeń serca, by ciężkie uczucie osadziło się na barkach i przygniotło nagle, z całą siłą uświadomienia sobie sytuacji. Ale mimo tego umysł walczył, jakby nie chcąc poddać się w pełni prawdzie. - Przecież jeszcze parę dni temu był cały i zdrowy. Co ty mówisz? - w końcu wyciągnął dłoń w jej kierunku, kładąc dłoń na ramieniu, dla zaznaczenia swojej obecności, jakby naiwnie licząc na to, ze to zwróci odrobinę bardziej jej uwagę.
Miała rację, dla niego wyglądało to tak, jakby roztrząsała się w przesadny sposób nad sprawą Dantego. Może rewelacje Laurenta były dość ciekawe i z rodzaju takich, których niekoniecznie się spodziewało po człowieku, ale odrobinę chyba dramatyzowała. Przywykł już chyba trochę do tego, że niektórym się tego typu rzeczy zdarzały, ale w jej przypadku czuł się o wiele bardziej niezręcznie niż zazwyczaj. Głównie dlatego, że Victoria Lestrange nie płakała. Victoria była skałą, której bardzo zgrabnie przychodziło odgrywanie tej odległej, czystokrwistej kobiety, która wiedziała jak powinna się prezentować. Stan, w jakim znajdowała się właśnie i który tylko pogłębiał się, był daleki od tego z jakiego ją znał. Ale prawda była taka, że Atreus wcale tak dobrze Victorii nie znał. Nie czuł z tego powodu wstydu, bo różnie się ludziom ścieżki w życiu układały, a ich ewidentnie się do pewnego momentu rozmijały, ale w tym momencie poczuł chyba ukłucie zawodu i zmęczenia. Gdyby ich znajomość wyglądał inaczej, ta sytuacja byłaby o wiele prostsza.
- Co masz na myśli, nie żyje? - zmarszczył brwi, patrząc nagle na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w całym swoim życiu. Było to niezbyt przemyślane pytanie, ale jej oznajmienie wcale nie było lepsze, wyduszone gdzieś pomiędzy łkaniem. Szkoda, że nie powiedziała że odszedł, bo wtedy dopiero dawałoby to potencjał na lawinę pytań, ale tak? Wystarczyło parę uderzeń serca, by ciężkie uczucie osadziło się na barkach i przygniotło nagle, z całą siłą uświadomienia sobie sytuacji. Ale mimo tego umysł walczył, jakby nie chcąc poddać się w pełni prawdzie. - Przecież jeszcze parę dni temu był cały i zdrowy. Co ty mówisz? - w końcu wyciągnął dłoń w jej kierunku, kładąc dłoń na ramieniu, dla zaznaczenia swojej obecności, jakby naiwnie licząc na to, ze to zwróci odrobinę bardziej jej uwagę.