08.03.2025, 04:11 ✶
Kiedy było dużo klientów, to wcale nie było tak przyjemnie - przecież ktoś musiał ich wszystkich obsłużyć, w przerwach próbowania nowej zupy Lewisa i krytykowania kapelusza Tarpa. Na to wszystko potrzeba było czasu i odpowiedniego wyczucia. Ale też kiedy świeciło pustkami, to też nie było dobrze. Pieniążki musiały się przecież zgadzać, a po tym jaki Maddox sprawił jej prezent urodzinowy, to musiała odrobić wszelkie wyrządzone przez nich tamtego dnia zniszczenia. Niby nie było nic specjalnego, parę krzeseł i stolików, do tego szklanki, a klient który chciał odszkodowania dostał jeszcze raz w mordę i sobie poszedł, bo to był kurwa Nokturn, ale wciąż... była coś winna.
Nie rozumiała skąd w Woodym było aż tyle cierpliwości i wyrozumiałości, ale już dawno przestała podważać u niego tego typu skłonności. Gdzieś w międzyczasie pracowania i mieszkania w Rejwachu doszło do niej, że ten zdziadziały mężczyzna faktycznie robił niektóre rzeczy bezinteresownie, ale nie można było od niego oczekiwać, żeby się do tego przyznał. Zakładała też, ale to były już tylko jej domysły, że ten talent do przyciągania do siebie znajd, a może i tendencje do szukania ich samemu, było wynikiem ukrytej potrzeby bycia ojcem, której nigdy w małżeństwie nie zrealizował. Może niektórzy by się o to oburzali, że zostali adoptowani w wieku dorosłym, ale jej to nie przeszkadzało. Nie kiedy Woody był sto razy lepszym ojcem niż Fenris, a nigdy nawet nie miał okazji nim być dla własnych dzieci.
Zmywała jeden ze stolików, chociaż po prawdzie na tym etapie to przejeżdżała go szmatą dla zasady, paznokciem skubiąc jakąś nierówność, której pochodzenia nie zamierzała dochodzić. Znudzona, może odrobinkę sfrustrowana tym dniem, ale wciąż czujna. Bo przecież wilczych zmysłów nie dało się tak zwyczajnie położyć do spania.
On rozpoznał ją po sylwetce, a ona jego po krokach. Było coś takiego, w mieszkaniu w przemocowym domu, co zmuszało do wyuczenia się pewnych schematów. Kroki były jednymi z nich - po nich rozpoznawało się, czy właśnie nadchodził przyjaciel czy wróg. Czy może to tylko rodzeństwo skradało się po korytarzu, czy może ojciec wpadł na kolejny ze swoich genialnych pomysłów. Mogły minąć lata od momentu kiedy ostatni raz byli razem w podstarzałej, zrujnowanej kamieniczce jako dzieciaki, ale pewne rzeczy się nie zmieniały.
Może dlatego pozwoliła się podejść i unieść do góry, bo każdy inny zaraz dostałby z łokcia. Chciała coś powiedzieć i nawet otworzyła usta, ale głos nie opuścił ich, ustępując miejsca zaskoczonemu westchnięciu, które tylko powtórzyło się na widok białego bukietu róż.
- Hatiii, przecież ja w życiu nie uderzyłam żadnego człowieka. A już w szczególności żadnego brata - parsknęła, niby to nieco surowa, serwując mu kuksańca w ramię. - Nie spodziewałam się kompletnie cię tu zobaczyć. Wróciłeś do Londynu, czy może stęskniłeś się za mną tak bardzo, że pozwoliłeś sobie na szybki wypad w rodzinne strony?
Nie rozumiała skąd w Woodym było aż tyle cierpliwości i wyrozumiałości, ale już dawno przestała podważać u niego tego typu skłonności. Gdzieś w międzyczasie pracowania i mieszkania w Rejwachu doszło do niej, że ten zdziadziały mężczyzna faktycznie robił niektóre rzeczy bezinteresownie, ale nie można było od niego oczekiwać, żeby się do tego przyznał. Zakładała też, ale to były już tylko jej domysły, że ten talent do przyciągania do siebie znajd, a może i tendencje do szukania ich samemu, było wynikiem ukrytej potrzeby bycia ojcem, której nigdy w małżeństwie nie zrealizował. Może niektórzy by się o to oburzali, że zostali adoptowani w wieku dorosłym, ale jej to nie przeszkadzało. Nie kiedy Woody był sto razy lepszym ojcem niż Fenris, a nigdy nawet nie miał okazji nim być dla własnych dzieci.
Zmywała jeden ze stolików, chociaż po prawdzie na tym etapie to przejeżdżała go szmatą dla zasady, paznokciem skubiąc jakąś nierówność, której pochodzenia nie zamierzała dochodzić. Znudzona, może odrobinkę sfrustrowana tym dniem, ale wciąż czujna. Bo przecież wilczych zmysłów nie dało się tak zwyczajnie położyć do spania.
On rozpoznał ją po sylwetce, a ona jego po krokach. Było coś takiego, w mieszkaniu w przemocowym domu, co zmuszało do wyuczenia się pewnych schematów. Kroki były jednymi z nich - po nich rozpoznawało się, czy właśnie nadchodził przyjaciel czy wróg. Czy może to tylko rodzeństwo skradało się po korytarzu, czy może ojciec wpadł na kolejny ze swoich genialnych pomysłów. Mogły minąć lata od momentu kiedy ostatni raz byli razem w podstarzałej, zrujnowanej kamieniczce jako dzieciaki, ale pewne rzeczy się nie zmieniały.
Może dlatego pozwoliła się podejść i unieść do góry, bo każdy inny zaraz dostałby z łokcia. Chciała coś powiedzieć i nawet otworzyła usta, ale głos nie opuścił ich, ustępując miejsca zaskoczonemu westchnięciu, które tylko powtórzyło się na widok białego bukietu róż.
- Hatiii, przecież ja w życiu nie uderzyłam żadnego człowieka. A już w szczególności żadnego brata - parsknęła, niby to nieco surowa, serwując mu kuksańca w ramię. - Nie spodziewałam się kompletnie cię tu zobaczyć. Wróciłeś do Londynu, czy może stęskniłeś się za mną tak bardzo, że pozwoliłeś sobie na szybki wypad w rodzinne strony?