08.03.2025, 15:28 ✶
Machnąłem ręką. Geraldine nic nie rozumiała. Potrzebowałem jak najwięcej eliksirów by zmyć z siebie wszystkie winy chociażby na drobną chwilę, zaznać spokojnego snu, ale... to wciąż było za mało. Wciąż za mało. Wciąż niepewność, strach i ból. Duuużo krrrwi.
- To nawet nie była pełna dawka, inaczej bym już spał. POTRZEBUJĘ WIĘCEJ! POTRZEBUJĘTEGOGERALDINE. - Uniosłem nawet głos, bo było bardzo ważne. Nawet ważniejsze od krwi. Nie chciałem jeść. Wolałem uschnąć, a w tym procesie mogły mi pomóc eliksiry. One jedyne sprawiały, że chociaż na drobną chwilę czułem się dobrze. Nie musiałem być odpowiedzialny, uważny ani przerażony kolejną sekundą nieżycia, bo spałem, bo śniłem, bo było mi lekko. Raz nawet śnił mi się ten obraz Londynu oblanego w słonecznym dniu, który zaprezentował mi Laurent. Ale nie trwało to chwilę. Ciągnęło się w moim śnie, a może już w wyobrażeniu - całą wieczność. Miałem twarz oblaną w słońcu. Żyłem. Miałem twarz oblaną w słońcu i nie musiałem obawiać się pragnienia poczucia tego jeszcze raz na skórze.
Nie rozumiałem, co Geraldine do mnie mówiła, szczególnie te słowa o Thoranie. Jak go nie było? Nie mogłem dodać ani nic odjąć z tych słów, nic nie mogłem, bo moją głowę zaprzątał kalendarz. Nie wiedziałem, jaki dziś był dzień. Geraldine mówiła, że ile dni minęło od jej ostatniej wizyty w mieszkaniu?! I kiedy to było? Cholera, ja miałem za wszelką cenę o czymś pamiętać. O czymś ważnym. O kimś ważnym. O Dziwnych Siostrach. Nie chciałem sprawdzać, na co jest je stać. Ostrzegały mnie, Ambroise również.
- Minęły trzy dni? Który dzisiaj mamy? - zapytałem Geraldine, bo straciłem rachubę. Ile czasu nie było tu Kimi?!
- Jednak muszę iść na spacer... Muszę iść do apteki. Teraz. Na wczoraj - stwierdziłem, ogłuszony tę niepełną dawką, nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje, ale wiedziałem, że na pewno się stanie, jeśli będę dalej w łóżku.
To był jednak kiepski pomysł by pić resztki. Ani mnie wystarczająco mocno nie uśpiły, ani nie pomagały mi w skupieniu się.
Zerwałem się gwałtownie, chcąc zeskoczyć z łóżka, ale nie wziąłem pod uwagę moich nóg, które dotychczas spoczywały zaplątane w kołdrę. No tak. Raczej miały mi się przydać w dotarciu do apteki na Horyzontalnej, tylko że zamiast elegancko, zwinnie - jak zresztą na zawodowego łowcę przystało - zeskoczyć na podłogę, ja zwaliłem się na nią niczym worek kartofli. Albo ziemniaków. Jak kto woli. Moja głowa nie miała lekko w czasach wampiryzmu. Znowu poleciała gdzieś w bok. W oczach mi pociemniało. Raczej z powodu zerwania się, a nie upadku. Chociaż powodem mogło być to drugie.
Jęknąłem z opóźnieniem. Niełatwo było być wielkim. Miałem wrażenie, że wysocy ludzie obrywali częściej.
- Słońce chociaż zaszło? - zapytałem po kilku minutach ciszy. Próbowałem zebrać myśli, ale miałem papkę z mózgu. Chyba jednak część mnie spała.
- To nawet nie była pełna dawka, inaczej bym już spał. POTRZEBUJĘ WIĘCEJ! POTRZEBUJĘTEGOGERALDINE. - Uniosłem nawet głos, bo było bardzo ważne. Nawet ważniejsze od krwi. Nie chciałem jeść. Wolałem uschnąć, a w tym procesie mogły mi pomóc eliksiry. One jedyne sprawiały, że chociaż na drobną chwilę czułem się dobrze. Nie musiałem być odpowiedzialny, uważny ani przerażony kolejną sekundą nieżycia, bo spałem, bo śniłem, bo było mi lekko. Raz nawet śnił mi się ten obraz Londynu oblanego w słonecznym dniu, który zaprezentował mi Laurent. Ale nie trwało to chwilę. Ciągnęło się w moim śnie, a może już w wyobrażeniu - całą wieczność. Miałem twarz oblaną w słońcu. Żyłem. Miałem twarz oblaną w słońcu i nie musiałem obawiać się pragnienia poczucia tego jeszcze raz na skórze.
Nie rozumiałem, co Geraldine do mnie mówiła, szczególnie te słowa o Thoranie. Jak go nie było? Nie mogłem dodać ani nic odjąć z tych słów, nic nie mogłem, bo moją głowę zaprzątał kalendarz. Nie wiedziałem, jaki dziś był dzień. Geraldine mówiła, że ile dni minęło od jej ostatniej wizyty w mieszkaniu?! I kiedy to było? Cholera, ja miałem za wszelką cenę o czymś pamiętać. O czymś ważnym. O kimś ważnym. O Dziwnych Siostrach. Nie chciałem sprawdzać, na co jest je stać. Ostrzegały mnie, Ambroise również.
- Minęły trzy dni? Który dzisiaj mamy? - zapytałem Geraldine, bo straciłem rachubę. Ile czasu nie było tu Kimi?!
- Jednak muszę iść na spacer... Muszę iść do apteki. Teraz. Na wczoraj - stwierdziłem, ogłuszony tę niepełną dawką, nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje, ale wiedziałem, że na pewno się stanie, jeśli będę dalej w łóżku.
To był jednak kiepski pomysł by pić resztki. Ani mnie wystarczająco mocno nie uśpiły, ani nie pomagały mi w skupieniu się.
Zerwałem się gwałtownie, chcąc zeskoczyć z łóżka, ale nie wziąłem pod uwagę moich nóg, które dotychczas spoczywały zaplątane w kołdrę. No tak. Raczej miały mi się przydać w dotarciu do apteki na Horyzontalnej, tylko że zamiast elegancko, zwinnie - jak zresztą na zawodowego łowcę przystało - zeskoczyć na podłogę, ja zwaliłem się na nią niczym worek kartofli. Albo ziemniaków. Jak kto woli. Moja głowa nie miała lekko w czasach wampiryzmu. Znowu poleciała gdzieś w bok. W oczach mi pociemniało. Raczej z powodu zerwania się, a nie upadku. Chociaż powodem mogło być to drugie.
Jęknąłem z opóźnieniem. Niełatwo było być wielkim. Miałem wrażenie, że wysocy ludzie obrywali częściej.
- Słońce chociaż zaszło? - zapytałem po kilku minutach ciszy. Próbowałem zebrać myśli, ale miałem papkę z mózgu. Chyba jednak część mnie spała.