08.03.2025, 19:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2025, 19:26 przez Astaroth Yaxley.)
Gwiazdy zgasły. Nadszedł koniec świata, a może wciąż nadchodził? Już nie niczego widziałem. Nie potrafiłem odnaleźć gwiazd, choć jeszcze przed chwilą było ich tak wiele. Świeciły dziarsko - do czasu. Opuściły mnie w momencie, gdy najbardziej ich potrzebowałem. Miały być wyznacznikiem mojej przytomności.
Czułem tylko ten smak. Paskudny, obrzydliwy, wywołujący mdłości. Miałem wrażenie, że krew była wszędzie - na mnie, we mnie. Moja? Jego? Nie byłem pewien. Chciałem ostrzec Geraldine, by uważała, ale zapomniałem, jak się mówi. Jak się oddycha. Gdzie była góra? A gdzie dół?! Wszystko na moment nieprzyjemnie zadrżało. Nie wiedziałem, gdzie się znalazłem ani w jakiej pozycji. Błędnik szalał. Czy to byłem jeszcze ja? Czy może ten wampir...?
Ale nie, to nie mogło być nic złego. Oblewałem się w ciemności, pozwalałem się jej pochłonąć. Z każdą sekundą oddawałem się jej coraz bardziej. Otuliła mnie ciepłem - dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo zmarzłem. Chłód przeszył mnie do szpiku kości. Zima, mróz, śmierć - no tak, wszystko się zgadzało.
Ciemność do mnie przemówiła... Nie, to nie była ciemność. Miała znajomy głos. I znała moje imię. Geraldine? Co tu robiła Geraldine? Byłem pewien, że nie powinno jej tu być . To było bardzo złe miejsce. Powinna uważać. Powinna stąd odejść.
Chciałem ją ostrzec. O niebezpieczeństwie. Musiała uciekać. Znów poczułem tę alarmującą, naglącą potrzebę, której nie potrafiłem zrealizować. Poruszyłem jedynie niemrawo ręką, chcąc ją odepchnąć. Dać znak, by biegła. Daleko stąd. Daleko od tego złego miejsca. Nie powinna tu być.
Oczywiście została. I błagała. I błagała. I prosiła. Ale ja nie potrafiłem otworzyć oczu. Albo ich nie zamknąć. Zresztą, i tak nic nie widziałem. Nie mogłem dostrzec niczego w tej nieprzeniknionej ciemności. Zgubiłem się. Właściwie, byłem w trakcie gubienia się. Gubiłem się - dobre słowa na tę złą sytuację.
Chciałem westchnąć z sentymentem do tego, co było, i do tego, co mogło nadejść, ale nie nadejdzie. Chciałem coś powiedzieć. Ostatnie słowo otuchy? Nie chciałem, żeby płakała. Nie chciałem, by cierpiała przeze mnie. Chciałem to powstrzymać. Ale pragnienia były jedynym, co mi pozostało.
A pragnąłem wiele.
Pragnąłem również powiedzieć jej, że ją kocham.
Niedobrze, że uparcie próbowałem się poruszyć, bo jedyne, co osiągnąłem, to zakrztuszenie się krwią, która była wszędzie. Wypływała ze mnie, choć już nic tam nie było. Puste żyły. Pozostały puste żyły. Całkowita sprzeczność. Nie ogarniałem tego rozpływającym się w nicości umysłem.
Szkoda, że w ogóle próbowałem. Ostatnim, co poczułem, było palenie w gardle.
A potem... nic.
Zniknąłem.
Czułem tylko ten smak. Paskudny, obrzydliwy, wywołujący mdłości. Miałem wrażenie, że krew była wszędzie - na mnie, we mnie. Moja? Jego? Nie byłem pewien. Chciałem ostrzec Geraldine, by uważała, ale zapomniałem, jak się mówi. Jak się oddycha. Gdzie była góra? A gdzie dół?! Wszystko na moment nieprzyjemnie zadrżało. Nie wiedziałem, gdzie się znalazłem ani w jakiej pozycji. Błędnik szalał. Czy to byłem jeszcze ja? Czy może ten wampir...?
Ale nie, to nie mogło być nic złego. Oblewałem się w ciemności, pozwalałem się jej pochłonąć. Z każdą sekundą oddawałem się jej coraz bardziej. Otuliła mnie ciepłem - dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo zmarzłem. Chłód przeszył mnie do szpiku kości. Zima, mróz, śmierć - no tak, wszystko się zgadzało.
Ciemność do mnie przemówiła... Nie, to nie była ciemność. Miała znajomy głos. I znała moje imię. Geraldine? Co tu robiła Geraldine? Byłem pewien, że nie powinno jej tu być . To było bardzo złe miejsce. Powinna uważać. Powinna stąd odejść.
Chciałem ją ostrzec. O niebezpieczeństwie. Musiała uciekać. Znów poczułem tę alarmującą, naglącą potrzebę, której nie potrafiłem zrealizować. Poruszyłem jedynie niemrawo ręką, chcąc ją odepchnąć. Dać znak, by biegła. Daleko stąd. Daleko od tego złego miejsca. Nie powinna tu być.
Oczywiście została. I błagała. I błagała. I prosiła. Ale ja nie potrafiłem otworzyć oczu. Albo ich nie zamknąć. Zresztą, i tak nic nie widziałem. Nie mogłem dostrzec niczego w tej nieprzeniknionej ciemności. Zgubiłem się. Właściwie, byłem w trakcie gubienia się. Gubiłem się - dobre słowa na tę złą sytuację.
Chciałem westchnąć z sentymentem do tego, co było, i do tego, co mogło nadejść, ale nie nadejdzie. Chciałem coś powiedzieć. Ostatnie słowo otuchy? Nie chciałem, żeby płakała. Nie chciałem, by cierpiała przeze mnie. Chciałem to powstrzymać. Ale pragnienia były jedynym, co mi pozostało.
A pragnąłem wiele.
Pragnąłem również powiedzieć jej, że ją kocham.
Niedobrze, że uparcie próbowałem się poruszyć, bo jedyne, co osiągnąłem, to zakrztuszenie się krwią, która była wszędzie. Wypływała ze mnie, choć już nic tam nie było. Puste żyły. Pozostały puste żyły. Całkowita sprzeczność. Nie ogarniałem tego rozpływającym się w nicości umysłem.
Szkoda, że w ogóle próbowałem. Ostatnim, co poczułem, było palenie w gardle.
A potem... nic.
Zniknąłem.
Koniec sesji