08.03.2025, 20:12 ✶
Nie możesz czy nie chcesz? - szepnęły niemo jej myśli, a jednak z jej ust nie wydobył się ani jeden dźwięk, ani jedno słowo, ani jeden wyraz - który zdradzałby uczucie jakie kotłowało się w jej duszy. I choć wiedza ta nie była dla niej, podobnie jak odpowiedź na niewypowiedziane pytanie, zdawała sobie sprawę, że kropla drąży skałę bezlitośnie, powoli. A Ona zamierzała być chińską torturą wodną - cierpliwie, w określonych odstępach, uderzając bezboleśnie każdą kroplą, która dźwięcznym echem rozpamiętywałaby przeszłość, niosąc garść obietnic na przyszłość. Aż może, któregoś pięknego dnia, przyszłoby dojrzeć jej szczelinę. Szczelinę, która z czasem stanie się wyrwą, a mur który ten zbudował rozpryśnie się niczym wiekowy kryształ na miliard kawałków. Tak małych i kruchych, że nie będzie w stanie go odbudować, niezależnie od tego jak bardzo chciałby to zrobić. Ale czy dożyje? Ile czasu jej pozostało? Zbyt dużo aby się zadręczać, zbyt mało aby to wykorzystać. - uśmiechnęła się delikatnie do własnych myśli, gdy schodzili. Gdy jej wzrok oglądał kolejną komnatę.
Jasny wzrok osiadł na stole, a błękit tęczówek opatuliły kotary kruczoczarnych rzęs.
Śmierć. Nigdy nie bała się śmierci, mimo iż lubiła życie. Śmierć była nieodłączną częścią jej życia w Norwegii - codziennością. Traumy, trupy, żałoby, skowyt duchów czy ich bliskich. A jej samej zawsze zdawało się, że jest gotowa umrzeć, otulona płaszczem kostuchy - a jednak czy była to prawda? Mimo, że kroczyła ze śmiercią pod rękę - to nie nad nią wisiało ostrze. To nie jej krew skapywała na zamarzniętą glebę, to nie jej łzy modliły się za tych, którzy odeszli. A jednak teraz, zerkając na Malfoya, potrafiła stwierdzić przed sobą, że byłoby jej trochę przykro.
Jej mentorka swego czasu mówiła "Śmierci nie boi się ten, który nie ma nic do stracenia, Scarlett".
-To dobrze... - skinęła z wolna głową, odrywając się od myśli - Jest tu? - zapytała zaraz. Co prawda nikogo nie wiedziała, nikogo nie słyszała, a jednak bardziej komfortowo było wiedzieć, że nie są tu sami.
Chociaż sami nie byli, byli oni i pewna dusza, której wzrok dalej czuła na plecach. Powoli ruszyła w kierunku stołu, aczkolwiek nie zrobiła niczego więcej, obserwując białe prześcieradło z bliska.
- Będziesz kochana, gdy zamkną cię w grobie, dokąd prowadził będzie kobierzec wysłany płatkami zmartwychwstałych kwiatów - wyszeptała cicho do siebie samej, wpatrując się w sylwetkę przed sobą. A ślepia figlarnie zakrzywiały, znęcały się, pozwalały wyobraźni płatać okrutne figle.
Z zadumy wyrwał ją dźwięk bosych stópek, odwróciła się gwałtownie, może zbyt gwałtownie, a błękitne ślepia dostrzegły... dziecko?
Dezorientacja skutecznie odganiała chmurne myśli i przemyślenia, gdy ta przyglądała się małej istotce, która żywo pchała się na ręce Baldwinowi.
Widok czerwonych nici z początku wywołał nieprzyjemny dreszcz, gdyż najprzyjemniej wyobraźni nie pobudzał. Po chwili jednak zrozumiała, że to nie wszyta w skórę makabryczna ozdoba, a jej główka zwyczajnie na splocie się trzyma.
Ożywieniec - szepnęły myśli. A Ona przyglądała się istocie kruchej i drobnej, zastanawiając się jaka to tragedia ją spotkała. Jaka tragedia spotkała jej rodzinę - zerknęła na Malfoya, biorąc cichy wdech.
Nie bała się, nie wyglądała jakby się bała, bardziej jakby szukała odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".
-F.. - urwała, czując jak ów słowo ugrzęzło jej w gardle. Tak również i nazywała się jej mentorka. I mimo, że imię to było dość popularne, to jednak jego dźwięk poruszył serce jasnowłosej.
-Cześć malutka - podjęła cicho, a na jej usta wpłynął ciepły uśmiech. Dlaczego się tego dopuściłeś, Baldwinie Malfoy? Miłość ma swoją cenę. Miłość wiąże się z akceptacją obecności nienawiści.
-A więc to ty jesteś tym duszkiem, którego wzrok czuję od kiedy tu zawitaliśmy - zachichotała, obserwując dziewczynkę z dziwną czułością, chowając smutek jej tragiczności głęboko do kieszeni świadomości - To twoja córka? siostra? - zagaiła, przyglądając się jej pięknej twarzyczce, szmaragdom jej spojrzenia które zerkały w jej kierunku. Niczym najdroższe kamienie, osadzone w centrum jej pergaminowo śnieżnej twarzyczki.
W swym życiu dane jej było spotkać ghoula, nie jednego, a za każdym takim podążał korowód rozpaczy. Nieszczęścia więcej niż jednej osoby, obłęd, a na końcu cierpienie i życie w iluzji każdego z domowników.
Czy twoja miłość według Ciebie jest wystarczającym usprawiedliwieniem, aby powoływać do życia to co odeszło? - szeptały myśli. Skazywać na życie pozorne. Bo choć ból w nim nie gościł, głodu nie dane było uświadczyć - to i żaru ogniska nie dane było odczuć, chłodu nadbrzeżnej fali, wiatru - który muskał twarz pieszczotliwie, delikatnie. I tak istnieć w niebycie, wśród wstrzymanych zegarów, patrzeć jak świat podąża do przodu, a ty wciąż uwięziony w tej samej chwili. Smakując życie przez bibułkę, acz nigdy gołą ręką. Patrząc jak odchodzi to co kochałeś.
Jasny wzrok osiadł na stole, a błękit tęczówek opatuliły kotary kruczoczarnych rzęs.
Śmierć. Nigdy nie bała się śmierci, mimo iż lubiła życie. Śmierć była nieodłączną częścią jej życia w Norwegii - codziennością. Traumy, trupy, żałoby, skowyt duchów czy ich bliskich. A jej samej zawsze zdawało się, że jest gotowa umrzeć, otulona płaszczem kostuchy - a jednak czy była to prawda? Mimo, że kroczyła ze śmiercią pod rękę - to nie nad nią wisiało ostrze. To nie jej krew skapywała na zamarzniętą glebę, to nie jej łzy modliły się za tych, którzy odeszli. A jednak teraz, zerkając na Malfoya, potrafiła stwierdzić przed sobą, że byłoby jej trochę przykro.
Jej mentorka swego czasu mówiła "Śmierci nie boi się ten, który nie ma nic do stracenia, Scarlett".
A więc czy przez Ciebie mam coś do stracenia?
A może na pewno to tylko obłuda, chwilowe zamroczenie uśpionego umysłu, który w napływie senności odwiedził krainy Morfeusza, pozwalając ukoić zmęczony wzrok. Stąpamy po kruchym lodzie, stoimy nad przepaścią, a ja boję się... że ty, który wyciągnąłeś sto kroćset do mnie swą dłoń, również ty zepchniesz mnie w otchłań. -To dobrze... - skinęła z wolna głową, odrywając się od myśli - Jest tu? - zapytała zaraz. Co prawda nikogo nie wiedziała, nikogo nie słyszała, a jednak bardziej komfortowo było wiedzieć, że nie są tu sami.
Chociaż sami nie byli, byli oni i pewna dusza, której wzrok dalej czuła na plecach. Powoli ruszyła w kierunku stołu, aczkolwiek nie zrobiła niczego więcej, obserwując białe prześcieradło z bliska.
- Będziesz kochana, gdy zamkną cię w grobie, dokąd prowadził będzie kobierzec wysłany płatkami zmartwychwstałych kwiatów - wyszeptała cicho do siebie samej, wpatrując się w sylwetkę przed sobą. A ślepia figlarnie zakrzywiały, znęcały się, pozwalały wyobraźni płatać okrutne figle.
Z zadumy wyrwał ją dźwięk bosych stópek, odwróciła się gwałtownie, może zbyt gwałtownie, a błękitne ślepia dostrzegły... dziecko?
Dezorientacja skutecznie odganiała chmurne myśli i przemyślenia, gdy ta przyglądała się małej istotce, która żywo pchała się na ręce Baldwinowi.
Widok czerwonych nici z początku wywołał nieprzyjemny dreszcz, gdyż najprzyjemniej wyobraźni nie pobudzał. Po chwili jednak zrozumiała, że to nie wszyta w skórę makabryczna ozdoba, a jej główka zwyczajnie na splocie się trzyma.
Ożywieniec - szepnęły myśli. A Ona przyglądała się istocie kruchej i drobnej, zastanawiając się jaka to tragedia ją spotkała. Jaka tragedia spotkała jej rodzinę - zerknęła na Malfoya, biorąc cichy wdech.
Nie bała się, nie wyglądała jakby się bała, bardziej jakby szukała odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".
-F.. - urwała, czując jak ów słowo ugrzęzło jej w gardle. Tak również i nazywała się jej mentorka. I mimo, że imię to było dość popularne, to jednak jego dźwięk poruszył serce jasnowłosej.
-Cześć malutka - podjęła cicho, a na jej usta wpłynął ciepły uśmiech. Dlaczego się tego dopuściłeś, Baldwinie Malfoy? Miłość ma swoją cenę. Miłość wiąże się z akceptacją obecności nienawiści.
-A więc to ty jesteś tym duszkiem, którego wzrok czuję od kiedy tu zawitaliśmy - zachichotała, obserwując dziewczynkę z dziwną czułością, chowając smutek jej tragiczności głęboko do kieszeni świadomości - To twoja córka? siostra? - zagaiła, przyglądając się jej pięknej twarzyczce, szmaragdom jej spojrzenia które zerkały w jej kierunku. Niczym najdroższe kamienie, osadzone w centrum jej pergaminowo śnieżnej twarzyczki.
W swym życiu dane jej było spotkać ghoula, nie jednego, a za każdym takim podążał korowód rozpaczy. Nieszczęścia więcej niż jednej osoby, obłęd, a na końcu cierpienie i życie w iluzji każdego z domowników.
Czy twoja miłość według Ciebie jest wystarczającym usprawiedliwieniem, aby powoływać do życia to co odeszło? - szeptały myśli. Skazywać na życie pozorne. Bo choć ból w nim nie gościł, głodu nie dane było uświadczyć - to i żaru ogniska nie dane było odczuć, chłodu nadbrzeżnej fali, wiatru - który muskał twarz pieszczotliwie, delikatnie. I tak istnieć w niebycie, wśród wstrzymanych zegarów, patrzeć jak świat podąża do przodu, a ty wciąż uwięziony w tej samej chwili. Smakując życie przez bibułkę, acz nigdy gołą ręką. Patrząc jak odchodzi to co kochałeś.