08.03.2025, 23:25 ✶
Trochę było trudno rozpoznać, co było grą, co ich stałym scenariuszem, a co prawdą. Co było faktem, a co mrzonką, w którą to jedno to drugie chciałoby wierzyć. Ofiarowała mu runę świtu ale żadnemu nie było po drodze z łagodnością i centryzmem. Czy kiedykolwiek dała mu do zrozumienia, że rasitowskie pierdololo jakkolwiek do niej trafia? Że klękanie przed kimś, kto najchętniej wytarłby jej twarzą chodnik było kiedykolwiek opcją? Ale też czy on, wymuskany, elitystyczny gnojek kiedykolwiek dawał do zrozumienia że obchodzi go cokolwiek więcej niż czubek własnego kutasa? Społecznik z bożej łaski, Moody zapewne zdziwiłaby się jego zaangażowania w kształtowanie bieżącego świata, gdyby tylko miała do tego dostęp.
– Tośmy się dzisiaj jak dwa pajace dobrali. – Palące opuszki palców ześlizgnęły się po szyi, jakby chciały zetrzeć maskującą tatuaże, maskującą jego tożsamość farbę. Czy chciałaby, żeby tak samo rozpłaszczył język na jej twarzy i szorstkim smagnięciem zabrał narzuconą maskę, czy chciałaby wrócić na dawne tory namiętności, która tak bardzo pasowała im obojgu, jakby byli dwoma częściami tej samej monety. A może właśnie byli? Może to czyniło ich relacje niemożliwą do istnienia na dłużą metę.
Była przy nim, tylko po to, by w następnej chwili nie być. Odepchnęła się na tyle by stojąc bez problemu zachować równowagę na angielskim bruku i sięgnąć po swoją srebrną papierośnicę.
– Bla bla bla, znam nieco inną wersję naszego ostatniego spotkania. – Mruknęła z petem w zębach, nie przejmując się faktem, że może nie było to nazbyt kobiece, adekwatne do stroju. – Nie wiem czegoś się spodziewał ruchając się z karaluchem. Czasem ktoś go rozdepta, ale to zazwyczaj jednak nie jest zbyt skuteczne. – Zaciągnęła się mrużąc oczy, by ochronić je od dymu. – Miłą walentynkę mi przesłałeś skarbie – dodała od niechcenia, śledząc jego poczynania spod czarnego baldachimu rzęs. A spódniczka? Kto by się przejmował nieco odważniej sięgającym biodra rozcięciem. Goła po ulicy nie biegała.
– Tośmy się dzisiaj jak dwa pajace dobrali. – Palące opuszki palców ześlizgnęły się po szyi, jakby chciały zetrzeć maskującą tatuaże, maskującą jego tożsamość farbę. Czy chciałaby, żeby tak samo rozpłaszczył język na jej twarzy i szorstkim smagnięciem zabrał narzuconą maskę, czy chciałaby wrócić na dawne tory namiętności, która tak bardzo pasowała im obojgu, jakby byli dwoma częściami tej samej monety. A może właśnie byli? Może to czyniło ich relacje niemożliwą do istnienia na dłużą metę.
Była przy nim, tylko po to, by w następnej chwili nie być. Odepchnęła się na tyle by stojąc bez problemu zachować równowagę na angielskim bruku i sięgnąć po swoją srebrną papierośnicę.
– Bla bla bla, znam nieco inną wersję naszego ostatniego spotkania. – Mruknęła z petem w zębach, nie przejmując się faktem, że może nie było to nazbyt kobiece, adekwatne do stroju. – Nie wiem czegoś się spodziewał ruchając się z karaluchem. Czasem ktoś go rozdepta, ale to zazwyczaj jednak nie jest zbyt skuteczne. – Zaciągnęła się mrużąc oczy, by ochronić je od dymu. – Miłą walentynkę mi przesłałeś skarbie – dodała od niechcenia, śledząc jego poczynania spod czarnego baldachimu rzęs. A spódniczka? Kto by się przejmował nieco odważniej sięgającym biodra rozcięciem. Goła po ulicy nie biegała.