02.02.2023, 11:24 ✶
Cody musiał chwilę poczekać, ponieważ najwyraźniej dyżurny nie uznał jego sprawy za bardzo naglącą, a u Brenny gościła akurat pani Turpin. Brenna podejrzewała, że pani Turpin albo cierpi na chorobę umysłu, którą powinna zająć się Lecznica Dusz, albo jest bardzo samotna i z donoszenia na sąsiadów uczyniła sobie rozrywkę na stare lata oraz powód do interakcji z młodszymi ludźmi. Brygadzistka potrzebowała dwudziestu minut, żeby przekonać ją, że nie, jej sąsiad spod dwójki na pewno nie trzyma w domu czarnomagicznego artefaktu, tak, pani Turpin, sprawdzimy to na wszelki wypadek, ale nie, pani Turpin, sam fakt, że pali tytoń, nie dowodzi, że jest czarnoksiężnikiem.
Brenna po jej wyjściu miała równo sześćdziesiąt sekund na to, by usiąść za biurkiem w fotelu nieco wygodniej i przymknąć oczy, zanim przyprowadzono Cody’ego. Ostatnio często kończyła na nocnych dyżurach, a dziś ten był konieczny, jeśli chciała dostać wolne podczas pełni.
Uniosła powieki, kiedy usłyszała głos Brandona i wyprostowała się, wskazując mu jednocześnie fotel po drugiej stronie biurka. Wprawdzie nie miała na sobie marynarki, porzuconej gdzieś w Biurze Brygady, ale jak na siebie prezentowała się dość porządnie, w przepisowym uniformie, składającym się z koszuli i spodni. Zmierzyła chłopaka spojrzeniem. Młody, rudy, blady. Coś jej nawet dzwoniło w głowie, gdy na niego patrzyła, ale choć Brenna kojarzyła niemal wszystkich, którzy chodzili do Hogwartu razem z nią, to on trafił na pierwszy rok, gdy ona była na siódmym – i choć pewnie przynajmniej raz prowadziła jego rocznik do Wieży Gryffindoru, zmienił się od tego czasu za bardzo, aby mogła go rozpoznać. Odnotowała, że chłopak wyglądał jakoś blado i niezdrowo, ale jeszcze nie przyszło jej nawet na myśl, że oto stał przed nią trup. A dokładniej wampir.
- Zapraszam – powiedziała, przywołując na twarz skupiany wyraz. A potem czekała. Czekała. Czekała… Miała już rzucić żartobliwie coś o tym, że byłaby wdzięczna, gdyby zwerbalizował sprawę, z którą przyszedł, bo jeśli przyszedł słysząc, że rozdają tu pączki, to jej się właśnie skończyły, gdy wreszcie chłopak podjął temat.
- Zazwyczaj najprostsza droga to powiedzenie Brygadziście, mnie na przykład, jakie przestępstwo popełniono – zachęciła go, kiedy wspomniał, że nie wie, w jaki sposób zgłosić przestępstwo. – Dowody? Świetnie. Uwielbiamy, gdy ktoś zgłaszając przestępstwo przynosi dowody – dodała z powagą, i nie, wcale się z niego nie zbijała, ot myślała o zgłoszeniach pani Turpin i o tym, że jeśli ta przyjdzie tu jeszcze raz, to chyba będzie przed nią uciekać przez okno.
Spoważniała jeszcze bardziej i natychmiast zapomniała o pani Turpin, gdy Cody wspomniał o morderstwie na tle rasowym. Pochyliła się w jego kierunku, wypuszczając z ręki notatnik, po który zdążyła sięgnąć, a spojrzenie ciemnych oczu stało się uważniejsze.
- Gdzie, kiedy, kogo? – zapytała lakonicznie, bo w tej chwili najważniejsze było ustalenie podstawowych faktów.
Brenna po jej wyjściu miała równo sześćdziesiąt sekund na to, by usiąść za biurkiem w fotelu nieco wygodniej i przymknąć oczy, zanim przyprowadzono Cody’ego. Ostatnio często kończyła na nocnych dyżurach, a dziś ten był konieczny, jeśli chciała dostać wolne podczas pełni.
Uniosła powieki, kiedy usłyszała głos Brandona i wyprostowała się, wskazując mu jednocześnie fotel po drugiej stronie biurka. Wprawdzie nie miała na sobie marynarki, porzuconej gdzieś w Biurze Brygady, ale jak na siebie prezentowała się dość porządnie, w przepisowym uniformie, składającym się z koszuli i spodni. Zmierzyła chłopaka spojrzeniem. Młody, rudy, blady. Coś jej nawet dzwoniło w głowie, gdy na niego patrzyła, ale choć Brenna kojarzyła niemal wszystkich, którzy chodzili do Hogwartu razem z nią, to on trafił na pierwszy rok, gdy ona była na siódmym – i choć pewnie przynajmniej raz prowadziła jego rocznik do Wieży Gryffindoru, zmienił się od tego czasu za bardzo, aby mogła go rozpoznać. Odnotowała, że chłopak wyglądał jakoś blado i niezdrowo, ale jeszcze nie przyszło jej nawet na myśl, że oto stał przed nią trup. A dokładniej wampir.
- Zapraszam – powiedziała, przywołując na twarz skupiany wyraz. A potem czekała. Czekała. Czekała… Miała już rzucić żartobliwie coś o tym, że byłaby wdzięczna, gdyby zwerbalizował sprawę, z którą przyszedł, bo jeśli przyszedł słysząc, że rozdają tu pączki, to jej się właśnie skończyły, gdy wreszcie chłopak podjął temat.
- Zazwyczaj najprostsza droga to powiedzenie Brygadziście, mnie na przykład, jakie przestępstwo popełniono – zachęciła go, kiedy wspomniał, że nie wie, w jaki sposób zgłosić przestępstwo. – Dowody? Świetnie. Uwielbiamy, gdy ktoś zgłaszając przestępstwo przynosi dowody – dodała z powagą, i nie, wcale się z niego nie zbijała, ot myślała o zgłoszeniach pani Turpin i o tym, że jeśli ta przyjdzie tu jeszcze raz, to chyba będzie przed nią uciekać przez okno.
Spoważniała jeszcze bardziej i natychmiast zapomniała o pani Turpin, gdy Cody wspomniał o morderstwie na tle rasowym. Pochyliła się w jego kierunku, wypuszczając z ręki notatnik, po który zdążyła sięgnąć, a spojrzenie ciemnych oczu stało się uważniejsze.
- Gdzie, kiedy, kogo? – zapytała lakonicznie, bo w tej chwili najważniejsze było ustalenie podstawowych faktów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.