09.03.2025, 05:41 ✶
Przyglądał jej się uważnie, nagle nieco mniej zwracając uwagę na to, jak sypie się na ich oczach. Ale tak już z nim było - wystarczyło podchwycić jego ciekawość, zainteresować go jakimś innym faktem, by z pewną łatwością przestał wzdrygać się na widok tego, co było dla niego niewygodne. Szkoda tylko, że ta wiadomość teraz, wydawała się tak okropnie surrealna.
Atreus czuł się trochę, jakby patrzył zza swojego ramienia, oderwany od ciała i z jakąś taką pustką wypełniającą jego kontury. Śmierć dla aurorów nie była czymś obcym, ale miała to do siebie, że bardzo często dotyczyła innych ludzi. To były przeżarte przez czarną magię kukiełki, przypominające tylko ludzi. Nie wiązały go z nimi żadne prywatne więzy i jakież to było dziwne, kiedy nagle coś burzyło się w nim od nowa, brane pod włos na te wieści.
Skrzywił się mimowolnie, jakby wypowiadane przez nią słowa nie były tym, czego się spodziewał. Nie tym, czego chciał w tym momencie. Oh, jakże wspaniale by było, gdyby Lestrange tak zwyczajnie zaprzeczyła i powiedziała, że to tylko taki nieśmieszny żart, a on by jej pogratulował, że tak koncertowo zjebała wszystkim i tak już grobowy nastrój. Cofnął dłoń, a Laurent znając go wystarczająco dobrze, mógł zauważyć jak wycofuje całego siebie, jeszcze bardziej niż jeszcze chwilę temu, kiedy tak niekomfortowo czuł się widząc, jak Victoria powoli się rozkleja. Skoncentrował się na kieszeniach, z nieodgadnionym wyrazem twarzy przeszukując je w poszukiwaniu papierosów, które po ostatnim zapalonym zostawił na stoliku, obok resztek kawy. Westchnął i sięgnął po nie, kiedy uświadomił sobie swój błąd, a potem wyłuskał jednego z paczki i zapalił.
Łatwo było znaleźć nić porozumienia z kimś, kto widział świat w taki sam sposób jak ty i Atreus mógł z łatwością stwierdzić, że zaliczał Bletcheya do bliskich sobie osób. Nie mógł jednak się tutaj rozpłakać, tak samo jak nie wypadało naciskać dalej na aurorkę, wyraźnie wstrząśniętą wszystkim, co właśnie się na nią zrzuciło.
- Przykro mi - powiedział powoli i nieco zmienionym głosem. Zbyt spokojnym. - Daj nam czas, Laurent. Przynajmniej do pogrzebu... - daj Jej czas. Bo Atreus już czuł jak świerzbią go ręce. Zajęcie. Oto czego teraz potrzebował, a nie czasu.
Atreus czuł się trochę, jakby patrzył zza swojego ramienia, oderwany od ciała i z jakąś taką pustką wypełniającą jego kontury. Śmierć dla aurorów nie była czymś obcym, ale miała to do siebie, że bardzo często dotyczyła innych ludzi. To były przeżarte przez czarną magię kukiełki, przypominające tylko ludzi. Nie wiązały go z nimi żadne prywatne więzy i jakież to było dziwne, kiedy nagle coś burzyło się w nim od nowa, brane pod włos na te wieści.
Skrzywił się mimowolnie, jakby wypowiadane przez nią słowa nie były tym, czego się spodziewał. Nie tym, czego chciał w tym momencie. Oh, jakże wspaniale by było, gdyby Lestrange tak zwyczajnie zaprzeczyła i powiedziała, że to tylko taki nieśmieszny żart, a on by jej pogratulował, że tak koncertowo zjebała wszystkim i tak już grobowy nastrój. Cofnął dłoń, a Laurent znając go wystarczająco dobrze, mógł zauważyć jak wycofuje całego siebie, jeszcze bardziej niż jeszcze chwilę temu, kiedy tak niekomfortowo czuł się widząc, jak Victoria powoli się rozkleja. Skoncentrował się na kieszeniach, z nieodgadnionym wyrazem twarzy przeszukując je w poszukiwaniu papierosów, które po ostatnim zapalonym zostawił na stoliku, obok resztek kawy. Westchnął i sięgnął po nie, kiedy uświadomił sobie swój błąd, a potem wyłuskał jednego z paczki i zapalił.
Łatwo było znaleźć nić porozumienia z kimś, kto widział świat w taki sam sposób jak ty i Atreus mógł z łatwością stwierdzić, że zaliczał Bletcheya do bliskich sobie osób. Nie mógł jednak się tutaj rozpłakać, tak samo jak nie wypadało naciskać dalej na aurorkę, wyraźnie wstrząśniętą wszystkim, co właśnie się na nią zrzuciło.
- Przykro mi - powiedział powoli i nieco zmienionym głosem. Zbyt spokojnym. - Daj nam czas, Laurent. Przynajmniej do pogrzebu... - daj Jej czas. Bo Atreus już czuł jak świerzbią go ręce. Zajęcie. Oto czego teraz potrzebował, a nie czasu.