10.03.2025, 06:52 ✶
Atreus nawet nie przejmował się tym, jak Laurent traktował Victorię i z jakiegoś powodu nie stroszył sie cały, w imieniu Sauriela, gotowy wydać wyrok że panna Lestrange najwyraźniej nie wiedziała co ze sobą zrobić. Z resztą, ufał Laurentowi i cokolwiek było między tą dwójką, nie przebijało się przez cały ten ból, który teraz czuli. To była troska i auror zwyczajnie dostrzegał szczerość gestów, jakimi Laurie obdarowywał swoją przyjaciółkę.
Pokiwał głową na jego słowa, wyczuwając w nim szczere intencje, a nie kolejną próbę odwrócenia od siebie uwagi i schowania się za nimi. Było w tym może wciąż odrobinę zbyt dużo słodyczy, ale cóż, nie mogli mieć wszystkiego.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział jej, zerkając w jej stronę i podchwytując posłane mu spojrzenie. Nagle jakby nieco bardziej zmęczony niż wcześniej. Ale nawet jeśli jego ton był miękki czy wręcz delikatny, jakaś złośliwa jego część mimo tego krzyczała gdzieś w środku, że bardzo dobrze iż przepraszała go za sposób dostarczenia tej wiadomości. Bo był absolutnie okropny.
- Masz kogoś zaufanego, kto pomoże ci w opanowaniu kryzysu uciekających abraksanów? - zwrócił się ponownie do Laurenta, strzepując z roztargnieniem popiół z żarzącego się wciąż papierosa. Ważne, żeby to była osoba, która nie tylko pomoże mu te wszystkie konie pozbierać i zaprowadzić do domu, ale dodatkowo w razie potrzeby zajmie się nim. Może przez Atreusa przemawiała teraz nadmierna wręcz troska, protekcjonalność wręcz, ale nie chciał by Prewett musiał się z tym wszystkim zmagać sam, bez kogoś bliskiego. Szczególnie że Victoria musiała zająć się sobą, a on wiedział, że nie byłby w stanie tu długo wysiedzieć. Nie wspominając już o tym, że ręki do koni to on absolutnie nie miał.
Pokiwał głową na jego słowa, wyczuwając w nim szczere intencje, a nie kolejną próbę odwrócenia od siebie uwagi i schowania się za nimi. Było w tym może wciąż odrobinę zbyt dużo słodyczy, ale cóż, nie mogli mieć wszystkiego.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział jej, zerkając w jej stronę i podchwytując posłane mu spojrzenie. Nagle jakby nieco bardziej zmęczony niż wcześniej. Ale nawet jeśli jego ton był miękki czy wręcz delikatny, jakaś złośliwa jego część mimo tego krzyczała gdzieś w środku, że bardzo dobrze iż przepraszała go za sposób dostarczenia tej wiadomości. Bo był absolutnie okropny.
- Masz kogoś zaufanego, kto pomoże ci w opanowaniu kryzysu uciekających abraksanów? - zwrócił się ponownie do Laurenta, strzepując z roztargnieniem popiół z żarzącego się wciąż papierosa. Ważne, żeby to była osoba, która nie tylko pomoże mu te wszystkie konie pozbierać i zaprowadzić do domu, ale dodatkowo w razie potrzeby zajmie się nim. Może przez Atreusa przemawiała teraz nadmierna wręcz troska, protekcjonalność wręcz, ale nie chciał by Prewett musiał się z tym wszystkim zmagać sam, bez kogoś bliskiego. Szczególnie że Victoria musiała zająć się sobą, a on wiedział, że nie byłby w stanie tu długo wysiedzieć. Nie wspominając już o tym, że ręki do koni to on absolutnie nie miał.