Nie, żeby przychodziło jej to zupełnie lekko, bo przecież nie było to dla nich naturalne - trzymanie się od siebie na dystans, jednak właśnie w ten sposób postanowili się teraz zachowywać, więc się dostosowała. W sumie do kogo? Nie wiedziała, które z nich przyjęło tę narrację, ale i jedno i drugie nie przekraczało niewidzialnej granicy narzuconej właściwie chuj wie przez kogo. Czy miało to sens? Żadnego. Jak widać jednak nie mieli zamiaru póki co nic z tym robić. Trzymali się tego przyjacielskiego podejścia. Chyba byli gdzieś dalej niż sojusznicy, o których tak szumnie mówili, bo sojusznicy nie powinni jeść razem śniadania, czy myśleć o wspólnym odpoczynku, więc to musiała być przyjaźń, tak.
Prędzej, czy później to musiało pierdolnąć, nie było innego wyjścia, to był znajomy schemat. Któreś z nich powie coś nie tak, na tyle nieodpowiednio, że drugie się zirytuje na tyle, żeby w końcu powiedzieć, co o tym myśli, ale póki co nieźle szło im trzymanie się na ten udawany dystans.
Znaleźli się w domu, w jej domu, w sumie kiedyś był to ich dom, teraz tak właściwie nie należał już nawet w pełni do niej, bo mieszkał tu przecież również i jej brat. Było zupełnie inaczej niż te kilka lat temu, kiedy wszystko wydawało się być właściwe. To miejsce nie było takim domem, jaki chciała mieć, ale nic z tym nie mogła już zrobić.
Nie przeszkadzała Roisowi w rozpakowywaniu zakupów, które zrobili po drodze. To zawsze była jego rola, wolała się nie wtrącać, bo wiedziała, że to mogłoby się skończyć drobną kłótnią. To on rządził w kuchni tak naprawdę od zawsze. Ona nigdy nie wykazywała szczególnego zainteresowania przygotowywaniem posiłków, ani sobie, ani nikomu innemu. Wolała tego nie robić, bo należało się w jej przypadku spodziewać najgorszego. Coś mogło wybuchnąć, czy coś.
Tak naprawdę to Yaxleyówna nie widziała zbyt wielkich zmian w tym pomieszczeniu. Służyło jej ono głównie do parzenia kawy i palenia szlugów na parapecie. Nic więcej. Nie spodziewała się, że ktoś może nie być zachwycony tym, że coś się tutaj zmieniło.
Przez jakiś czas mieszkała z nimi Kim, przyjaciółka Astarotha. Swoją drogą całkiem znany jej schemat przyjaźni, jednak nigdy nie wtrącała się szczególnie w tę relację. Pozwoliła jej się tutaj zadomowić i nie miała nic przeciwko temu, że przejęła kuchnię, skoro i tak nikt inny akutalnie z niej nie korzystał, to droga wolna.
Nie miała pojęcia, gdzie teraz podziewała się Kim i dlaczego jej tutaj nie było, nie dopytywała o to brata, może kiedyś zapyta, jednak póki co wolała się po prostu nie wtrącać. Miała świadomość, jak to bywało z takimi przyjaźniami.
Ustalili, że odpoczną, dopiero później zajmą się śniadaniem, wierzyła, że będą się tego trzymać, bo powoli zmęczenie zaczynało ją pokonywać. Ziewnęła nawet całkiem głośno wpatrując się w Ambroisa, który akurat wkładał część zakupów do lodówki.
Kiedy Roise odwrócił się w jej kierunku wyglądał na wkurzonego. Tego się nie spodziewała. Nie miała pojęcia, co takiego mogło się wydarzyć, że go zirytowało, bo w sumie to przecież stała cicho, nic nie komentowała, to nie mogła być ona, tylko coś innego.
- Kto, co? - Rzuciła odruchowo, bo chyba nie docierało do niej o co konkretnie mu chodziło. Wpatrywał się dość intensywnie za nią, odwróciła się więc, aby zobaczyć o co konkretnie mogło mu chodzić. No nóż, wisiał sobie za nią, czy to była jakaś zbrodnia? Na pewno by się wkurwiła, gdyby ktoś nieodpowiednio traktował jej ukochane noże, ale to był tylko jeden z tych kuchennych, więc szczególnie nie zwracała na niego uwagi.
- Kuchnia? To Kimi. - Odwróciła się ponownie w stronę Roisa. - Przejęła ją, gdy się tutaj wprowadziła, bo my i tak z niej nie korzystamy. - Nie wiedzieć czemu próbowała się jakoś z tego wytłumaczyć. - Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś do niej wrócisz. - Tak, inaczej pewnie zwróciłaby uwagę Kim na to, że to miejsce było ważne dla kogoś jej bliskiego, i wspomniała o tym, żeby nie wprowadzała żadnych drastycznych zmian. Wydawało jej się jednak, że nie wydarzyło się tutaj nic takiego wielkiego.