Kiedy coś złego się dzieje to ostatnia rzecz, jakiej chcesz, to żeby u wszystkich innych działo się dokładnie to samo. Jakaś klęska, jakaś tragedia, która grubymi nićmi przeszywała skórę i łączyła te obrazki. Powinny zostać rozdzielone. Victoria nie powinna brać na barki ciężaru tego, co się dzieje w New Forest, kiedy ledwo radziła sobie z doświadczoną stratą. To samo tyczyło się Atreusa. Tak, przekazanie tych informacji było okropne, było z pewnością nieoczekiwane. Przychodzisz posłuchać o klęsce swojego kuzyna, a jeszcze w bonusie prezentują ci śmierć twojego przyjaciela. Wspaniały dzień. Ciężko było nie myśleć, że stało się jego całkowitą ruiną.
Laurent sobie nawet nie zdawał sprawy do końca, jak rzadko tak naprawdę Victoria płakała. Chyba dlatego, że widział ją w takim stanie nie raz i nie dwa, a nigdy nie oceniał. Nie było takiego czasu ani przestrzeni, w której ta kobieta miałaby czuć się źle przez odepchnięcie czy ocenę rzekomej słabości. Płacz słabością nie był.
- Tak... byłbym wdzięczny. Chociaż na parę dni. - Paradoksalnie łatwiej było mu poradzić sobie z Dumą niż z Divą. Kot nie funkcjonował jak pies - nie możesz go zawołać do budy i kazać mu zostać, nie wystarczyło go wyprowadzić na spacer. Brakowało tylko tego, żeby w tym całym zamieszaniu coś się jej stało, bo ucieknie na dwór i ktoś zapomni jej wpuścić. Dwa zwierzaki na głowie to też było dodatkowe zobowiązanie. Divę mógł oddać - Dumy nie. Nie ufał chyba nikomu na tyle, żeby tę bestię powierzyć na przechowanie. Vincent i Alexander dobrze sobie z nim radzili, ale to tyle. Z drugiej strony wcale nie chciał zwalać jej na głowę Victorii w tym stanie... Dlatego pierwszy moment odpowiedzi wiązał się z zawahaniem.
- Poradzę sobie. Niedaleko jest doświadczony magizoolog, pomoże mi też z nimi... - Czy to nie był krewny Olivii? A nie, nie krewny - znajomy jej ojca, zresztą gdzie też się poznali i rozpoczęła się ich relacja. - Poradzę sobie z tym. To moja praca. - I potrzebował nawet tej pracy, żeby się czymś zająć. Powoli odsunął się od Victorii i puścił ją, żeby spojrzeć na nią i zaraz się zreflektować. - Migotku! Przynieś nam chusteczki! - Sam wyciągnął swoją, aksamitną, by delikatnie dotknąć nią policzka Victorii i zetrzeć zepsuty makijaż. Migotek rzeczywiście się pojawił, postawił chusteczki na stoliku, skłonił się i zniknął znów. - Daj sobie czas, Victorio. - Powtórzył, żeby teraz czasem kobieta nie wzięła za mocno do siebie słów "ogarnąć się". Powierzył chusteczkę w jej własne dłonie, by sama mogła się doprowadzić do porządku.
To spotkanie było zaskakująco mało owocne i zaskakująco mocno druzgocące.