10.03.2025, 23:23 ✶
Siódmy września… Siódmy września. Przeliczyłem pospiesznie dni. Oczywiście, na tyle pospiesznie, na ile pozwalał mi otępiony umysł, więc chwilę to trwało. Miałem jeszcze kilka dni. Powinienem raczej ograniczyć eliksiry nasenne, żeby nie przespać terminu, ale nie uważałem, żebym miał z nimi jakiś szczególny problem. Po prostu ostatnio było mi ciężej. Nie miałem już wsparcia Kimi, bo musiała wyjechać, więc… potrzebowałem odpocząć. Kiedy to zrobię, wrócę do względnej normalności. Tak miało być. Żadnych problemów, tylko kontrolowana sytuacja.
– Dziś… Niedawno – odparłem nieco zirytowany, bo przecież mówiłem, że to nie była nawet pełna buteleczka. Niestety. Chętnie odpłynąłbym w mrok, gdybym miał jeszcze drugie tyle, ale los mi nie sprzyjał. Nadzieja w Victorii. Jak na razie nigdy mnie nie zawiodła. Może poza tymi jej mądrościami o mojej dojrzałości, a właściwie jej braku. Cóż… Jeśli wyśle mi eliksiry, zamierzałem przebaczyć jej wszystko. Łącznie z tą jej chorą fascynacją i faktem, że śniła mi się jako Sauriel.
– Nic mi nie jest, okej!? – stwierdziłem, może trochę za ostro. Nie podobało mi się, w jaki sposób na mnie patrzyła, jak mówiła tak delikatnie, jakby mogła mnie rozdrażnić. Cóż, właśnie to robiła, ale jakoś tego nie dostrzegałem. Magiczne właściwości otumaniania – zakrzywiały postrzeganie świata i samego siebie.
– I tak będę musiał tam iść – stwierdziłem, ale nie byłem taki głupi. Nie zamierzałem jej mówić o Ambroisie i o długu, który mu spłacałem. Może Geraldine była świadkiem, jak zaatakowałem go w naszym mieszkaniu, ale nie wiedziała, że robiłem mu za worek z krwią wampira. Że właściwie robiłem za worek jego dziwnym znajomym. Ciekawe… Wciąż zastanawiałem się, gdzie podział się ten grzeczny, cichutki Ambroise. Taki miły, taki usłużny, dzień dobry na ulicy mówiący.
Ale… robiłem przysługę tu, tam i jeszcze brałem na siebie kolejną. A to wszystko i tak nie było w stanie zmazać moich wyrzutów sumienia i przeświadczenia, że nie powinienem istnieć. Wciąż było za mało, wciąż niewystarczająco.
Co się ze mną działo?! Byłem jebanym wampirem. Ot co. Cała filozofia.
– A jak myślisz?! – zapytałem, nawet nie wstając z podłogi. Odechciało mi się czegokolwiek. Zdobyłem się jedynie na tyle, by usiąść i oprzeć o najbliższy mebel. Sprawdziłem, czy nic nie cieknie mi z nosa. Ciężko było oceniać obrażenia, będąc wampirem. Wszystko odczuwałem inaczej. Jakbym był trupem? Może tak.
– Usłyszałem ostatnio, że zachowuję się jak rozkapryszone i rozpieszczone dziecko bogatych rodziców. Może właśnie to się ze mną dzieje – podsumowałem z żalem, ale z tym swoim głupim uśmieszkiem, który aż prosił się o to, by rozmówca go zmazał. Gdybym był na miejscu Geraldine, sam bym sobie rozjebał mordę. Może wtedy coś by się zmieniło? Może coś bym poczuł? Jakąś iskrę życia? Może nie taką jak w trakcie picia ciepłej krwi, ale jednak odrobinę życia.
Westchnąłem ciężko. Mogłem rzucać sarkazmem, ale to nie zmieniało tego, co tak naprawdę o sobie myślałem. O sobie i o otaczającym mnie świecie.
– Jakiś czas temu rozmawiałem z jednym takim… wampirem. Wyznał mi, że najlepiej smakuje mu krew, kiedy jego ofiary się boją. I wiesz co? Minęły jakieś trzy tygodnie. Dalej beztrosko stąpa po ziemi – wyznałem jej z żalem, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy.
Marna, wstrętna imitacja łowcy.
– Nie mogę być już łowcą. Powinienem stać się celem łowcy.
– Dziś… Niedawno – odparłem nieco zirytowany, bo przecież mówiłem, że to nie była nawet pełna buteleczka. Niestety. Chętnie odpłynąłbym w mrok, gdybym miał jeszcze drugie tyle, ale los mi nie sprzyjał. Nadzieja w Victorii. Jak na razie nigdy mnie nie zawiodła. Może poza tymi jej mądrościami o mojej dojrzałości, a właściwie jej braku. Cóż… Jeśli wyśle mi eliksiry, zamierzałem przebaczyć jej wszystko. Łącznie z tą jej chorą fascynacją i faktem, że śniła mi się jako Sauriel.
– Nic mi nie jest, okej!? – stwierdziłem, może trochę za ostro. Nie podobało mi się, w jaki sposób na mnie patrzyła, jak mówiła tak delikatnie, jakby mogła mnie rozdrażnić. Cóż, właśnie to robiła, ale jakoś tego nie dostrzegałem. Magiczne właściwości otumaniania – zakrzywiały postrzeganie świata i samego siebie.
– I tak będę musiał tam iść – stwierdziłem, ale nie byłem taki głupi. Nie zamierzałem jej mówić o Ambroisie i o długu, który mu spłacałem. Może Geraldine była świadkiem, jak zaatakowałem go w naszym mieszkaniu, ale nie wiedziała, że robiłem mu za worek z krwią wampira. Że właściwie robiłem za worek jego dziwnym znajomym. Ciekawe… Wciąż zastanawiałem się, gdzie podział się ten grzeczny, cichutki Ambroise. Taki miły, taki usłużny, dzień dobry na ulicy mówiący.
Ale… robiłem przysługę tu, tam i jeszcze brałem na siebie kolejną. A to wszystko i tak nie było w stanie zmazać moich wyrzutów sumienia i przeświadczenia, że nie powinienem istnieć. Wciąż było za mało, wciąż niewystarczająco.
Co się ze mną działo?! Byłem jebanym wampirem. Ot co. Cała filozofia.
– A jak myślisz?! – zapytałem, nawet nie wstając z podłogi. Odechciało mi się czegokolwiek. Zdobyłem się jedynie na tyle, by usiąść i oprzeć o najbliższy mebel. Sprawdziłem, czy nic nie cieknie mi z nosa. Ciężko było oceniać obrażenia, będąc wampirem. Wszystko odczuwałem inaczej. Jakbym był trupem? Może tak.
– Usłyszałem ostatnio, że zachowuję się jak rozkapryszone i rozpieszczone dziecko bogatych rodziców. Może właśnie to się ze mną dzieje – podsumowałem z żalem, ale z tym swoim głupim uśmieszkiem, który aż prosił się o to, by rozmówca go zmazał. Gdybym był na miejscu Geraldine, sam bym sobie rozjebał mordę. Może wtedy coś by się zmieniło? Może coś bym poczuł? Jakąś iskrę życia? Może nie taką jak w trakcie picia ciepłej krwi, ale jednak odrobinę życia.
Westchnąłem ciężko. Mogłem rzucać sarkazmem, ale to nie zmieniało tego, co tak naprawdę o sobie myślałem. O sobie i o otaczającym mnie świecie.
– Jakiś czas temu rozmawiałem z jednym takim… wampirem. Wyznał mi, że najlepiej smakuje mu krew, kiedy jego ofiary się boją. I wiesz co? Minęły jakieś trzy tygodnie. Dalej beztrosko stąpa po ziemi – wyznałem jej z żalem, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy.
Marna, wstrętna imitacja łowcy.
– Nie mogę być już łowcą. Powinienem stać się celem łowcy.