- No jasne, lepiej ignorować wszystkie znaki i udawać, że nic złego się nie dzieje. - Prychnęła, bo zupełnie nie rozumiała podjeścia swojego brata. Jasne, każdy chciał mieć święty spokój, ale w takiej sytuacji? Kiedy działo się tyle złego, czekali kiedy to eskaluje? Lepiej było się po prostu przygotować na najgorsze, niż udawać, że to się nie wydarzyło. Byli zdecydowanie po przeciwnych biegunach, czasem nie mogła się nadziwić, jak w ogóle było to możliwe.
Wszystkie znaki świadczyły o tym, że niedługo wydarzy się coś okropnego, chaos opanuje Wielką Brytanię, zdecydowanie lepiej było się na to nastawić, niż udawać, że wszystko jest w porządku. Oczywiście nie zamierzała na siłę udowadniać Eliasowi swoich racji, skoro zdecydowanie miał swoje podejście. Czekała jednak na moment, kiedy będzie mogła mu powiedzieć swoim zarozumiałym tonem głosu a nie mówiłam. Była pewna, że to się wydarzy, że do tego dojdzie. Prędzej, czy później.
- Może nie jutro, ale chyba lepiej mieć świadomość, że to się wydarzy, nastawić się na to? Zamiast żyć w ochronnej bańce, dzięki której wydaje Ci się, że to wcale nas nie dotyczy. - Powinna już skończyć ten temat, bo czuła, że nie osiągną w tym wypadku żadnej zgodności. Mieli odmienne zdanie, zdecydowanie. Nie zapowiadało się na to, żeby któreś z rodzeństwa zamierzało je zmienić. Czasem już tak bywa, że nawet rodzina nie mogła się dogadać.
- To nie jest pech, ktoś ma na to wpływ, ktoś decyduje o tym, co się wydarzy, los nie ma w tym przypadku nic z tym wspólnego. Znalazł się oszołom, który chce przejąć władzę nad czarodziejskim światem, to on jest za to odpowiedzialny, a nie fortuna. - Jej zdaniem w tym przypadku nie można było mówić o pechu, wręcz przeciwnie. Zamierzali pozbyć się bardzo konretnej części społeczeństwa, robili to świadomie, tutaj nie było możliwości na to, że ktoś ma pecha. Po prostu się taki urodził, a oni zamierzali przez to wykluczyć ich z magicznego świata. Nie miało to dla Prue najmniejszego sensu, nie rozumiała tego podejścia, bo Ci ludzie przecież nie mieli wpływu na to, że magia ich wybrała. Powinni się cieszyć z tego, że ich społeczność rosła, nie musieli się przynajmniej krzyżować między sobą, co było całkiem zdrowe z naukowego punktu widzenia.
Zmrużyła na moment oczy, bo zaczęła o tym myśleć, odpłynęła na chwilę, jak to miała w zwyczaju. Próbowała przywołać przed swoje zamknięte oczy widok strony w książce, w której o tym czytała. Na pewno choroby genetyczne przytrafiały się częściej tym, którzy byli ze sobą dość blisko spokrewnieni.
Po krókiej chwili wróciła do brata, odetchnęła i sięgnęła po papierośnicę, którą wcześniej położyła na stole. Wsadziła sobie do ust fajkę, po czym odpaliła ją swoją zapalniczką, zaciągnęła się dymem.
- Tak, nas zostawią w spokoju, ale czym właściwie różnimy się od mugolaków? Kiedyś też byliśmy na ich miejscu. Nie potrafię zrozumieć, że mogą komuś tak bardzo przeszkadzać. Nie dociera to do mnie. Nie zrobili niczego złego, nie prosili się o to, zostali wyrwani z życia, które znali, trafili do zupełnie obcego świata, a teraz ktoś chce ich za to zabić. - Mruknęła cicho, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Nie podobało jej się to, co aktualnie się działo, widać było, że miała swoją własną opinię na ten temat.
Oczywiście, że elita na pewno nie zamierzała pozbyć się wszystkich, ktoś musiał im usługiwać, spełniać ich zachcianki. Tyle, że te czasy już dawno powinny minąć, te sztuczne podziały.
- Charłacy są najmniej liczną grupą, od nich się zacznie, później sięgną po więcej, w końcu zacznie to przeszkadzać takiej ilości osób, że dojdzie do konfliktu, którego będziemy częścią. - Jasne, zaczynało się od tych najmniej widocznych, ale nie sądziła, że na tym poprzestaną, wręcz przeciwnie, będą brnąć dalej, aby spełnić swoje cele.
- Przeżyć. - Odpowiedziała cicho, ledwie usłyszalnie.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control