- A jakżeby inaczej. - Najwyraźniej mieli zgodność? Chociaż chyba nie do końca osiągniętą w ten sposób, w który by chciała, znowu zaczęli się kłócić, przekraczali granice, doprowadzali się do szału. To najwyraźniej był ich nowy porządek, nie, żeby szczególnie jej się to podobało, ale chyba niosło ze sobą coś. Wydawało jej się, że znowu sięgali po szczerość, chociaż nie do końca przekazywaną w przyjemny sposób, cóż, nie było to jednak istotne, jak to robili, ważne, że w ogóle postanowili coś zmienić. Chociaż raczej to działo się zupełnie przypadkowo, zdecydowanie byli sfrustrowani, zmęczeni, nie mieli za bardzo innego wyjścia. Najwyraźniej przestali już się kontrolować, co w pewien sposób również było dobre.
Powoli chyba wybierali w którą stronę zamierzają się przechylić, chociaż był to dopiero zalążek, dobrze, że udało im się ustalić, że ta kuchnia zawsze miała należeć do niego, nie oponował, więc może w końcu uświadomił sobie to, co było nieuniknione. Może to miał być ten moment? Nie miała pojęcia, bo przecież to też mógł być chwilowy przebłysk, który niczego ze sobą nie przyniesie. Wymienili już ze sobą tyle argumentów podczas tych kilku dni, że powoli zaczynało jej brakować kolejnych. Nadal jednak kręcili się w kółko i nie potrafili do końca określić. To było wyczerpujące, przecież ileż można było oszukiwać samych siebie? Pilnować się na każdym kroku, udawać, że tym razem miało być inaczej. To nie mogło się udać, a przy okazji przynosiło im kolejne zranienia. Już dawno powinni tego zaprzestać.
- Oczywiście, że będę nazywać to jak chcę, ja zawsze przecież robię to na co mam ochotę. - Nie potrzebowała do tego jego pozwolenia i zamierzała to podkreślić w tej chwili, jakby nie daj Morgano o tym zapomniał. Uwielbiała wspominać o tym, jaka to była niezależna i że zawsze mogła pozwolić sobie dokładnie na to co chciała. Cóż, nie do końca było to prawdą, bo w tym przypadku Roise i jego postawa ją nieco ograniczali, ale chyba właśnie zaczął się uginać ku jej wersji. Przynajmniej tak jej się wydawało przez ten jego chwilowy wybuch. Najwyraźniej nie zamierzał zaakceptować tego, że ktoś mógłby pojawić się w jego kuchni, to dobrze, może w końcu zaczął otwierać oczy. Czekała na ten moment.
- Ty to powiedziałeś. - Wcale tak nie uważała, jasne dobre chęci miały znaczenie, ale liczyły się przede wszystkim czyny, miała świadomość, że te nie do końca ułożyły się tak, jak powinny. Nie chciała, żeby się o to złościł, wiedziała, że powinna postąpić inaczej, ale nie zrobiła tego do końca naumyślnie. Nie musiał teraz z niej drwić. W końcu dotarło do niej, że nie powinna tak zrobić.
- Tak, każdy podejmuje swoje decyzje, to jasne. - Bo przecież nie było już ich? Prawda. Nie mieli najwyraźniej co do tego żadnych wątpliwości. Tyle, że ciągle pojawiały się wspólne plany, wspólne problemy. O co właściwie im chodziło? Trudno jej było to stwierdzić. Znowu zaczęła się miotać i gubić i nie wiedziała na czym właściwie stoją. To, co się między nimi działo było kurewsko mylące, niby próbowali się trzymać tej swojej przyjacielskiej wersji, ale to nie działało, nie miało racji bytu, zaskakujące...
- Nadal nie uważam, żeby któreś z nas było problemem, to Ty twierdzisz inaczej. - Znowu wracali do punktu wyjścia. Nie wydawało jej się, aby to było potrzebne, powinni mieć to już za sobą. Nie wracać do tego, bo przecież to nie miało żadnego sensu.
Nie chciała nikogo z nich obwiniać za tę sytuację, w której się znajdowali. Zdaniem Yaxleyówny każde z nich na pewnym etapie mogło postąpić inaczej. Nie było sensu aktualnie skupiać się na tym, co i kiedy poszło nie tak, co doprowadziło ich do tego. Nie mogli cofnąć czasu, za to mieli wpływ na to, co dopiero się wydarzy, co było przed nimi, na tym przede wszystkim powinni się skupić.
Tak, nie mieli póki co do tego jasności, chociaż chyba coraz bardziej skłaniali się ku temu, aby wybrać jedną stronę, tyle, czy znowu było to chwilowe, miało minąć, czy w końcu faktycznie uda im się wytrwać w tym, co postanowili. Nie miała pojęcia, nie chciała wiedzieć, jeszcze nie teraz. Chwilowo najwyraźniej mieli zamiar po raz kolejny wybrać to najbardziej właściwe rozwiązanie. W głębi duszy liczyła na to, że ta decyzja faktycznie okaże się być tym, na co zdecydują się na dłuższą metę. Nie mogli przecież z siebie rezygnować, nie kiedy ustalali plan na kolejne kilka dni, może tygodni? Wiedzieli, jak to się skończy, to było nieuniknione, czas najwyższy chyba się z tym pogodzić.
- Mhm. - Nie mogli zachowywać się w ten sposób, tak, co do tego również byli zgodni. To w ogóle nie powinno mieć miejsca, bo ranili przy tym siebie nawzajem, a przecież nie chcieli tego robić, zależało im na sobie. Powinni więc przestać to robić, w końcu sięgnąć po tę jedyną, właściwą, ostateczną wersję, w której będą stali po jednej stronie, w której będą pragnęli tego samego. To chyba właśnie się działo. Rychło w czas, chociaż lepiej później niż wcale.
Potrzebowała znaleźć się w jego ramionach, poczuć smak ust mężczyzny, wtedy dopiero poczuła, że wszystko jest na swoim miejscu, że znowu znaleźli się w domu, tak niewiele jej było trzeba do szczęścia, chociaż może wiele. Nie zamierzała już więcej odpuszczać, nie kiedy wiedziała, że może jej się udać osiągnąć cel.
Nie musieli się nigdzie spieszyć, mieli w końcu cały dzień przed sobą, faktycznie powinni odpocząć, bo przecież nie przespali poprzedniej nocy, mogli sobie jeszcze jednak dać chwilę, odpoczynek im przecież nie ucieknie, tak samo jak prysznic.
- Sypialnia. - Odpowiedziała dosyć szybko, dawno go w niej nie było i nie miała nic przeciwko temu, aby właśnie się w niej znalazł. Najwyraźniej kanapa ponownie miała zostać odrzucona, nigdy więcej nie będą jej potrzebowali, chociaż czy mogła być tego stuprocentowo pewna? Tutaj każda wspólna chwila przynosiła coś zupełnie innego. Nie było to jednak teraz istotne, skoro już ustalili wspólną decyzję, to zamierzała go zabrać do swojej sypialni, właśnie w tej chwili.