13.03.2025, 17:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2025, 17:11 przez Jonathan Selwyn.)
Westchnął głęboko i złapał za jedną z dłoni Shafiqa, tak aby spróbować tym razem już delikatnie powstrzymać ją od dalszego gniecenia jego kołnierzyka. Anthony był zdecydowanie silniejszy, niż na jakiego wyglądał i w normalnym wypadku zażartowałby, że to dlatego, że odpowiednio szybko zaczął chować mu dzieła Homera po krzakach, tak aby trochę poćwiczył, ale… ale to nie była normalna sytuacja.
– Dwa lata – wyszeptał cicho i oderwał spojrzenie od jego palców, tak aby popatrzeć przyjacielowi prosto w oczy. – Niedługo po tym, kiedy on… Voldemort, miał czelność wygłosić swoje poglądy na głos. Dostałem propozycję i… Pomyślałem o Lottie i dzieciakach. O Morphym i tobie, bo kto wie, kogo by dalej prześladowali, gdyby szczucie na mugolaków przestało działać. Coś absolutnie nieodpowiedzialnego, nierozsądnego, niebezpiecznego, problematycznego, z zyskami trudnymi do przewidzenia i do odebrania w potencjalnie dalekiej przyszłości. Okropna propozycja. Tak mi zostało to przedstawione. – To wszystko wydawało się być tak dawno temu, a jednocześnie doskonale pamiętał te wszystkie emocje, które mu wtedy towarzyszyły. – Tony, mam cię za jednego z najlepszych ludzi chodzących obecnie po tym świecie. Zawsze wierzyłem, że zdziałasz dużo dobra. Już zdziałałeś. Ale… Zrozum, że nie mogłem pozwolić, abyś działał tak. Nasza czwórka… Orszak może jechać bez jednego jeźdźca, bo trójka dalej zdziała cuda. – Zwłaszcza że jeden jeździec już od dawna był zagrożony. Sam Anthony powiedział, że Morpheus mógł umrzeć. Po co ryzykować jeszcze więcej? Nawet jeśli statystki by się sprawdziły, a sam Jonathan też umarł, mieliby z pewnością kilka lat zanim Morphy'emu coś by się stało. Gdyby tylko nie to, że też był w Zakonie. Bezwiednie zacisnął dłoń na dłoni przyjaciela, myśląc, że mógłby kiedyś przyjść na jego pogrzeb Zwłaszcza, gdyby zginął bo Jonathan powiedziałby mu o Zakonie. A już I tak raz naraził go na niebezpieczeństwo. To się nie mogło powtórzyć.
– Dwa lata – wyszeptał cicho i oderwał spojrzenie od jego palców, tak aby popatrzeć przyjacielowi prosto w oczy. – Niedługo po tym, kiedy on… Voldemort, miał czelność wygłosić swoje poglądy na głos. Dostałem propozycję i… Pomyślałem o Lottie i dzieciakach. O Morphym i tobie, bo kto wie, kogo by dalej prześladowali, gdyby szczucie na mugolaków przestało działać. Coś absolutnie nieodpowiedzialnego, nierozsądnego, niebezpiecznego, problematycznego, z zyskami trudnymi do przewidzenia i do odebrania w potencjalnie dalekiej przyszłości. Okropna propozycja. Tak mi zostało to przedstawione. – To wszystko wydawało się być tak dawno temu, a jednocześnie doskonale pamiętał te wszystkie emocje, które mu wtedy towarzyszyły. – Tony, mam cię za jednego z najlepszych ludzi chodzących obecnie po tym świecie. Zawsze wierzyłem, że zdziałasz dużo dobra. Już zdziałałeś. Ale… Zrozum, że nie mogłem pozwolić, abyś działał tak. Nasza czwórka… Orszak może jechać bez jednego jeźdźca, bo trójka dalej zdziała cuda. – Zwłaszcza że jeden jeździec już od dawna był zagrożony. Sam Anthony powiedział, że Morpheus mógł umrzeć. Po co ryzykować jeszcze więcej? Nawet jeśli statystki by się sprawdziły, a sam Jonathan też umarł, mieliby z pewnością kilka lat zanim Morphy'emu coś by się stało. Gdyby tylko nie to, że też był w Zakonie. Bezwiednie zacisnął dłoń na dłoni przyjaciela, myśląc, że mógłby kiedyś przyjść na jego pogrzeb Zwłaszcza, gdyby zginął bo Jonathan powiedziałby mu o Zakonie. A już I tak raz naraził go na niebezpieczeństwo. To się nie mogło powtórzyć.