13.03.2025, 18:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2025, 18:36 przez Alexander Mulciber.)
Odkąd tylko pamiętał, wizje jego matki rodziły się w konwulsjach i krzykach. Rozdzierały rozedrgane ciało, rozrywały umysł. Odkąd tylko pamiętał, wszyscy szeptali po kątach, że jest szalona. Że jego ojciec jest szalony, bo folguje jej szaleństwu. Że on także jest szalony, prawem dziedziczenia. Być może Alexander Mulciber rzeczywiście był szalony, choć wątpił, że szaleństwo wyssał wraz z mlekiem z matczynej piersi. Nie przeszkadzało mu, gdy śmiali się z niego za plecami, gdy nazywali go szaleńcem, ale nie pozwolić tak nazywać Seliny Mulciber.
Zaborcza wręcz była opiekuńczość, jaką ją otaczał, ofiarność, z jaką bronił jej imienia. Wszystko, co żyło na tym świecie, żyło, dopóki pamiętało swoje imię, a on nie zamierzał pozwolić jej zapomnieć, dopóki sam pamiętał.
Rzadko miał odwagę, aby otwarcie sprzeciwić się woli brata, a jednak sprzeciwił mu się, gdy Donald chciał zamknąć matkę w lecznicy dusz. Wciąż pamiętał, jak rzucił się na niego, jak powalił go na ziemię, jak głośno rozbrzmiewały ciosy, gdy bili się w ciszy pogrążonym w żałobie domu, gdy pięść obijała się o pięść, a ciało o ciało. "Zobaczymy, czy będziesz się tak przy tym upierał, gdy przestanie poznawać twoją twarz", powiedział mu wtedy Donald, uciskając skrzydełka złamanego nosa, z którego ściekała krew, brudząc nienaganną biel koszuli. "Gdy zapomni twoje imię, i to, że jesteś jej synem. Bo o tym, że jest matką, zapomniała już dawno, dawno temu." Ale Alexander go nie słuchał. Wpatrywał się w swoje zakrwawione knykcie, obracając w nich ostateczny argument, o którym wiedział, że ubodzie w brata najbardziej. "Ojciec nigdy nie pozwoliłby na coś takiego", rzucił. Mimo to, wypędził go z wiszącego nad kominkiem portretu matki, mrucząc pod nosem zaklęcie, które zmusiło Duncana Mulcibera do powrotu we własne ramy. Niegdyś oba obrazy wisiały tutaj obok siebie: mąż i żona, ramię w ramię i rama w ramę, wnosząc po wymownym przejaśnieniu na ścianie, teraz jednak nad kominkiem pozostał tylko portret matki. Alexander nie bez powodu wyniósł stąd portret ojca. Alexander nic nie robił bez powodu. Podnosząc się na nogi, schował różdżkę do kieszeni.
Podejrzliwość zagościła w zmarszczonych brwiach, w ostrym kącie zaciśniętej szczęki, gdy odwrócił się twarzą w stronę Scarlett. Nie odpowiedział, ważył jednak dokładnie jej słowa, wlepiwszy w nią głodne ślepia, jak gdyby tylko w ten sposób mógł przeniknąć znaczenie jej żartu. Zwykł węszyć kpiny w każdym słowie, jakie kierowano w stronę jego matki, czychać na najmniejszy choćby despekt, wyczulony na obraźliwe aluzje niczym wściekły pies, który, sprowokowany, od razu rzuca się z zębiskami do gardła. Wystarczyło, aby by wyczuł choć krztynę pogardy, aby potem czuł już tylko krew. Alexander Mulciber zawsze wolał pluć krwią i zębami, niż przygryzać język.
Nie pozwalał nikomu obrażać swojej matki. Nie pozwalał nikomu mówić, że jest szalona. Nie było jednak napięcia w jego ramionach, nie było wahania w oczach, które wpatrywały się nieprzerwanie w twarz Scarlett: wszelkie wahanie zniknęło, gdy ujęła kruchą dłoń Seliny, pozwalając sobie wręczyć paciorek z pękniętego naszyjnika. Blada, niemal przezroczysta, odziana w czerń istota, utkana z mgły i cienia, eteryczna i beznadziejnie przyziemna zarazem. Przypominała mu trochę Eden. Mogła mieć jej chłodną urodę, ale nie cechowała jej ta sama lodowata elegancja, którą Malfoyówna mroziła serca, nie: Scarlett miała w sobie ogień, nie lód. Były do siebie podobne, ale tylko na zewnątrz. Tak jak Alexander nie był ani trochę podobny do ojca, choć nosił jego twarz i patrzył jego oczami.
– Nie bój się – odezwał się w końcu. – To nie człowiek wybiera przepowiednię, tylko przepowiednia człowieka. – Niby to od niechcenia obrócił na palcu ojcowski sygnet, choć ani na chwilę nie oderwał wzroku od Scarlett, w którą wpatrywał się z ciekawością wróżbity, analizującego interesujący rozkład tarota. Wciąż stał wsparty o fotel, na którym zasiadała Selina. – Widziałem cię na pogrzebie. Jesteś córką Richarda, czy kolejnym nieślubnym dzieckiem jego brata, o którym powinienem wiedzieć?
Zaborcza wręcz była opiekuńczość, jaką ją otaczał, ofiarność, z jaką bronił jej imienia. Wszystko, co żyło na tym świecie, żyło, dopóki pamiętało swoje imię, a on nie zamierzał pozwolić jej zapomnieć, dopóki sam pamiętał.
Rzadko miał odwagę, aby otwarcie sprzeciwić się woli brata, a jednak sprzeciwił mu się, gdy Donald chciał zamknąć matkę w lecznicy dusz. Wciąż pamiętał, jak rzucił się na niego, jak powalił go na ziemię, jak głośno rozbrzmiewały ciosy, gdy bili się w ciszy pogrążonym w żałobie domu, gdy pięść obijała się o pięść, a ciało o ciało. "Zobaczymy, czy będziesz się tak przy tym upierał, gdy przestanie poznawać twoją twarz", powiedział mu wtedy Donald, uciskając skrzydełka złamanego nosa, z którego ściekała krew, brudząc nienaganną biel koszuli. "Gdy zapomni twoje imię, i to, że jesteś jej synem. Bo o tym, że jest matką, zapomniała już dawno, dawno temu." Ale Alexander go nie słuchał. Wpatrywał się w swoje zakrwawione knykcie, obracając w nich ostateczny argument, o którym wiedział, że ubodzie w brata najbardziej. "Ojciec nigdy nie pozwoliłby na coś takiego", rzucił. Mimo to, wypędził go z wiszącego nad kominkiem portretu matki, mrucząc pod nosem zaklęcie, które zmusiło Duncana Mulcibera do powrotu we własne ramy. Niegdyś oba obrazy wisiały tutaj obok siebie: mąż i żona, ramię w ramię i rama w ramę, wnosząc po wymownym przejaśnieniu na ścianie, teraz jednak nad kominkiem pozostał tylko portret matki. Alexander nie bez powodu wyniósł stąd portret ojca. Alexander nic nie robił bez powodu. Podnosząc się na nogi, schował różdżkę do kieszeni.
Podejrzliwość zagościła w zmarszczonych brwiach, w ostrym kącie zaciśniętej szczęki, gdy odwrócił się twarzą w stronę Scarlett. Nie odpowiedział, ważył jednak dokładnie jej słowa, wlepiwszy w nią głodne ślepia, jak gdyby tylko w ten sposób mógł przeniknąć znaczenie jej żartu. Zwykł węszyć kpiny w każdym słowie, jakie kierowano w stronę jego matki, czychać na najmniejszy choćby despekt, wyczulony na obraźliwe aluzje niczym wściekły pies, który, sprowokowany, od razu rzuca się z zębiskami do gardła. Wystarczyło, aby by wyczuł choć krztynę pogardy, aby potem czuł już tylko krew. Alexander Mulciber zawsze wolał pluć krwią i zębami, niż przygryzać język.
Nie pozwalał nikomu obrażać swojej matki. Nie pozwalał nikomu mówić, że jest szalona. Nie było jednak napięcia w jego ramionach, nie było wahania w oczach, które wpatrywały się nieprzerwanie w twarz Scarlett: wszelkie wahanie zniknęło, gdy ujęła kruchą dłoń Seliny, pozwalając sobie wręczyć paciorek z pękniętego naszyjnika. Blada, niemal przezroczysta, odziana w czerń istota, utkana z mgły i cienia, eteryczna i beznadziejnie przyziemna zarazem. Przypominała mu trochę Eden. Mogła mieć jej chłodną urodę, ale nie cechowała jej ta sama lodowata elegancja, którą Malfoyówna mroziła serca, nie: Scarlett miała w sobie ogień, nie lód. Były do siebie podobne, ale tylko na zewnątrz. Tak jak Alexander nie był ani trochę podobny do ojca, choć nosił jego twarz i patrzył jego oczami.
– Nie bój się – odezwał się w końcu. – To nie człowiek wybiera przepowiednię, tylko przepowiednia człowieka. – Niby to od niechcenia obrócił na palcu ojcowski sygnet, choć ani na chwilę nie oderwał wzroku od Scarlett, w którą wpatrywał się z ciekawością wróżbity, analizującego interesujący rozkład tarota. Wciąż stał wsparty o fotel, na którym zasiadała Selina. – Widziałem cię na pogrzebie. Jesteś córką Richarda, czy kolejnym nieślubnym dzieckiem jego brata, o którym powinienem wiedzieć?
Korzystam z przewagi Wykaz intencji (jasnowidzenie), aby poznać intencje Scarlett, rzut na percepcję.
Rzut PO 1d100 - 52
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat