Jeszcze nigdy nie widział Victorii tak zawstydzonej. Była cała skonfundowana, a nie wiedział, czy było to skonfundowanie wynikające z problematyki przekazania danych informacji, czy może jakieś wynikające z samego przeżycia. Ewentualnie - oba. O tym, co wstydliwe, jednocześnie trudno się mówiło. Zatrzymał się razem z nią, nieco zdziwiony i tylko skinął do niej lekko głową. Tak zachęcająco. Mów dalej. Niema zachęta była tutaj na miejscu.
Pocałunek. Pocałunek, który wywrócił głowę do góry nogami, a trudność tego aktu opierała się na dwóch mocnych posadach jej świata - naruszała jej potrzebę stabilności miłosnej i mentalnej. Ktoś przejął, całkiem bezczelnie, władanie nad jej umysłem. Ktoś? Coś. Czar, który był tam wysnuty i który wpłynął na każdego z nich. Więc tym był fiolet, który ją oplatał... zaraz. Jeśli każdego to dotykało, to Perseusa też..? Otrząsnął się z tej wędrującej, nieco szokującej myśli. Pojęcie zdrady przez pocałunek, pojęcie zdrady przez pożądanie - to wszystko nie tkwiło tylko w głowie. Uwydatniło się w czynach. I chociaż żeby zaistniała zdrada to trzeba mówić o celowości całego zdarzenia, to jedno pozostawało niezmienne. Victoria Lestrange zdradziła samą siebie. Była za słaba, żeby trwać przy swoich przekonaniach, za słaba, żeby oprzeć się klątwie, dziwnemu zaklęciu. Przez moment spoglądał na nią, zastanawiając się nad ciężarem tego i konsekwencjami, jakie ze sobą niosło. Przyznała się swojemu lubemu czy trzymała to dla siebie? Laurent wolałby wiedzieć, a jednocześnie doradziłby Victorii, żeby trzymała to dla siebie. Bo ON może i wolałby wiedzieć. Jednocześnie był tą osobą, która wolałaby nie mówić. Hipokryzja, to prawda. Zadrżała w nim iskra współczucia, więc przytulił ją do siebie czule.
- Pamiętaj, że to nie była twoja wina. - Odsunął ją na długość swoich ramion i spojrzał jej w oczy. Spodziewał się, że będzie nawet unikała tego spojrzenia. Przez ten wstyd, który ją opętał. Co za to było nowiną przytłoczoną tymi złymi informacjami to to, że najwyraźniej jej romans w końcu nabrał jakichś rumieńców. W efekcie nie powiedział niczego z tych rzeczy, o których myślał z prostej przyczyny - szanował jej rozsądek i jej granice. Nie potrzebowała złotych rad, co by zrobił na jej miejscu, bo ona nim nie była, on nie był nią. Aż takie proste. Różniło ich bardzo wiele rzeczy i wiele podejścia do różnych spraw - te związkowe były przepaścią. Był przecież nieuleczalnym nimfomanem. - Pamiętasz, co powiedział Perseus? To miejsce wpływało na każdego. To była potężna klątwa. Niewygranie z nią ci nie ujmuje.
- Ten chłopiec, o którym mówisz - obskurodziciel - pilnował pereł. Byłem we śnie córki tej czarownicy, była też częścią klątwy. Ona odebrała sobie życie. - I była to tragedia. - Marianne Fawley, bo tak na imię miała ta czarownica, zrozpaczona stratą córki, rzuciła klątwę. Chciała ją przywrócić do życia, a cały ten statek obwiniała za jej śmierć. Taki był tego efekt. - Jaki widzieli, kiedy tam przybyli. Opuścił dłonie z jej ciała i powoli przeniósł wzrok na drogę przed nich. - Próbowałem wynieść te perły ze statku, ale one chyba chciały się odwdzięczyć wszystkim, którzy tam byli i przyczynili się do złamania tej klątwy. - Teraz spojrzał na jej dłoń i perłę, którą miała. - Prawdę mówiąc... one nie chciały być razem połączone. Te perły. Ale zastanawiałem się... czy mógłbym je złączyć? Jaką siłę by niosły, nawet gdyby naszyjnik nie był pełen? - To niekoniecznie było pytanie, które czekało na odpowiedź. Mające znamiona retorycznego mogło być jednak zaproszeniem do debaty nad... potencjalnie niczym. Nie znali tego zaklęcia, nie rozumieli tych pereł, nikt nie potrafił dokładnie powiedzieć, co stało się na samej Perle Morza. Lecz może był tu zalążek moralny?
Ruszył za nią, kiedy ewidentnie trochę odetchnęła i złapała na nowo siłę ducha. Przynajmniej jej część.