13.03.2025, 21:52 ✶
Awrrr. Geraldine zadawała bardzo trudne pytania. Jak miałem policzyć, ile fiolek wypiłem przez ten czas? Ja nawet nie byłem pewien, ile dokładnie minęło..., choć to akurat przed chwilą mi przybliżyła. Teraz musiałbym policzyć fiolki. Część wyrzuciłem, część spoczywała za łóżkiem, czekając na sprzątnięcie. Zapewne kilka wyrzuciła też skrzatka...
Podrapałem się po głowie.
– Nie jestem pewien. Jest tu ciemno… Może dwie? Trzy? Albo jedna… Zależy od dnia. Chyba – przyznałem niepewnie, co zaczynało mnie na powrót złościć, bo niepewność to zguba. Nie mogłem być niepewny. Powinienem być zdecydowany. Co oznaczało jedno – jednak sobie nie radziłem. Gorzej, bo nie chciałem się do tego przyznawać, więc w ostatecznym rozrachunku to Geraldine była tu czarnym charakterem, bo zadawała kłopotliwe pytania.
Złapałem się najbliższej komody, by się podnieść. Nie zamierzałem się przed nią rozpływać ani pokazywać, że coś faktycznie może być ze mną nie tak. Z trudem, ale wstałem. Nieco się zatoczyłem, ale wstałem. Nie dam jej tej satysfakcji.
Pięknie, fajnie. Motywujące słowa Geraldine o tym, bym nie słuchał innych... Biorąc poprawkę na moje myśli, nie powinienem również słuchać siebie. Więc co? Miałem nie myśleć? Nie robić nic?
– Może lepiej stąd wyjdź… Nie wiesz wszystkiego. Nie widzisz mnie takim, jakim jestem – stwierdziłem przerażony, jakbym właśnie zobaczył swoje obrzydliwe wnętrze. BESTIA – tak to określił Sauriel. Siedziały w nas bestie. Były tam, niezależnie od naszych pobudek. Kiedy chciały, atakowały. Do tego zostały stworzone. – O mało co ostatnio nie zabiłem jednej osoby… To był drugi raz, kiedy… Zębami… Ale ostatnio prawie zginął. A może zginął. Nie pamiętam, czy to się stało naprawdę, ale chyba pisał… po tym – wyrzuciłem to w końcu z siebie, z niewyobrażalną trwogą.
Rozejrzałem się po pokoju niewidzącym wzrokiem. Niby chciałem znaleźć ten ostatni list, ale myślami byłem daleko stąd.
Już nawet nie było istotne, kto mówił o mnie jak o smarkaczu. Nieistotne, że psychopatyczne wampiry biegały beztrosko po tym świecie. Najgorsze i tak sprowadzało się do mnie, więc chciałem zasnąć. Chciałem spać. Już nigdy nie chciałem nikogo krzywdzić. Nie chciałem nawet o tym myśleć.
– Mam niewinną krew na rękach – powtórzyłem, spuszczając wzrok właśnie na swoje dłonie. – Wybacz… To nie będzie przyjemne, ale… Myślę, że zrobiłaś błąd, nie dobijając mnie tamtego poranka. Nie dość, że oszukałem śmierć, sprowadzając na nas niewyobrażalnego pecha, to jeszcze jestem zagrożeniem dla społeczeństwa – wyjaśniłem, bo myślałem o tym często. Myślałem o tym tak często, że już nie chciałem o tym myśleć. A nie myślałem tylko w jednym przypadku – kiedy spałem.
Schowałem twarz w dłoniach. Wydawało mi się, że będą cuchnąć krwią, ale nie wyczuwałem żadnej zdradzieckiej kropli. I dobrze. Może narobiłbym wtedy jeszcze większych szkód?
- Teraz rozumiesz?! Potrzebuję tych eliksirów - podsumowałem. To była jedyna moja ucieczka. Alkohol nie mógł mi pomóc.
Podrapałem się po głowie.
– Nie jestem pewien. Jest tu ciemno… Może dwie? Trzy? Albo jedna… Zależy od dnia. Chyba – przyznałem niepewnie, co zaczynało mnie na powrót złościć, bo niepewność to zguba. Nie mogłem być niepewny. Powinienem być zdecydowany. Co oznaczało jedno – jednak sobie nie radziłem. Gorzej, bo nie chciałem się do tego przyznawać, więc w ostatecznym rozrachunku to Geraldine była tu czarnym charakterem, bo zadawała kłopotliwe pytania.
Złapałem się najbliższej komody, by się podnieść. Nie zamierzałem się przed nią rozpływać ani pokazywać, że coś faktycznie może być ze mną nie tak. Z trudem, ale wstałem. Nieco się zatoczyłem, ale wstałem. Nie dam jej tej satysfakcji.
Pięknie, fajnie. Motywujące słowa Geraldine o tym, bym nie słuchał innych... Biorąc poprawkę na moje myśli, nie powinienem również słuchać siebie. Więc co? Miałem nie myśleć? Nie robić nic?
– Może lepiej stąd wyjdź… Nie wiesz wszystkiego. Nie widzisz mnie takim, jakim jestem – stwierdziłem przerażony, jakbym właśnie zobaczył swoje obrzydliwe wnętrze. BESTIA – tak to określił Sauriel. Siedziały w nas bestie. Były tam, niezależnie od naszych pobudek. Kiedy chciały, atakowały. Do tego zostały stworzone. – O mało co ostatnio nie zabiłem jednej osoby… To był drugi raz, kiedy… Zębami… Ale ostatnio prawie zginął. A może zginął. Nie pamiętam, czy to się stało naprawdę, ale chyba pisał… po tym – wyrzuciłem to w końcu z siebie, z niewyobrażalną trwogą.
Rozejrzałem się po pokoju niewidzącym wzrokiem. Niby chciałem znaleźć ten ostatni list, ale myślami byłem daleko stąd.
Już nawet nie było istotne, kto mówił o mnie jak o smarkaczu. Nieistotne, że psychopatyczne wampiry biegały beztrosko po tym świecie. Najgorsze i tak sprowadzało się do mnie, więc chciałem zasnąć. Chciałem spać. Już nigdy nie chciałem nikogo krzywdzić. Nie chciałem nawet o tym myśleć.
– Mam niewinną krew na rękach – powtórzyłem, spuszczając wzrok właśnie na swoje dłonie. – Wybacz… To nie będzie przyjemne, ale… Myślę, że zrobiłaś błąd, nie dobijając mnie tamtego poranka. Nie dość, że oszukałem śmierć, sprowadzając na nas niewyobrażalnego pecha, to jeszcze jestem zagrożeniem dla społeczeństwa – wyjaśniłem, bo myślałem o tym często. Myślałem o tym tak często, że już nie chciałem o tym myśleć. A nie myślałem tylko w jednym przypadku – kiedy spałem.
Schowałem twarz w dłoniach. Wydawało mi się, że będą cuchnąć krwią, ale nie wyczuwałem żadnej zdradzieckiej kropli. I dobrze. Może narobiłbym wtedy jeszcze większych szkód?
- Teraz rozumiesz?! Potrzebuję tych eliksirów - podsumowałem. To była jedyna moja ucieczka. Alkohol nie mógł mi pomóc.