Figgównie nie wydawało się, aby była osobą która mogłaby wzbudzać zainteresowanie u kogoś takiego, jak Cornelius. Co tu się oszukiwać, znała bardzo dobrze swoją pozycje w hierarchii społeczeństwa, była zwyczajną cukierniczką, mało kto pewnie traktował ją poważnie. Wcale tego nie oczekiwała, bo to wydawało się jej być normalne. Mimo wszystko miała wrażenie, że Lestrange nie jest w tym wszystkim fałszywy. Słuchał jej z zaciekawieniem, jakby faktycznie interesowało go, co ma mu do powiedzenia. To było miłe, nie czuła się bowiem w jego towarzystwie gorsza, chociaż przecież wiedziała, że niektórzy z elitarnych rodów traktowali ludzi jej pokroju jako tych mniej kompetentnych. Zwłaszcza przy tym, co aktualnie działo się w magicznym świecie, gdzie to podziały aktualnie były dużo bardziej odczuwalne, niż jeszcze kilka lat temu.
- Dziękuję, zapewne wszystko zależy od tego, co tutaj zastaniemy. Ponoć znalazły się tutaj dość nietypowe przypadki czarnych róż. Nie do końca wiem, co o tym wszystkim myśleć, czy natura pragnie nam coś zasugerować? W końcu nic nie dzieje się bez przyczyny. - Nie miała pojęcia ile czasu powinni poświęcić temu, co działo się w Maida Vale, na pewno ciotka nie wysłałaby tutaj członków Towarzystwa Herbologicznego przez przyczyny, musiało ją interesować to, dlaczego takie rośliny się w tym miejscu. Czasem nie wystarczyła jedna wizyta po to, aby znaleźć potrzebne informacje, była tego świadoma, w końcu od wielu lat interesowała się roślinami, była to jej pasja, którą zajmowała się w wolnym czasie, tak samo jak eliksiry, które tworzyła. Miała w końcu w sobie coś z prawdziwej czarownicy, może nie radziła sobie wyjątkowo dobrze ze specjalistycznymi zaklęciami, ale nikt nie mógł odmówić jej tego, że jeśli chodzi o eliksiry, czy rośliny była prawdziwą specjalistką, mimo, że nie zajmowała się tym zawodowo.
- Czterolatki to jeszcze całkiem urocze stworzenia, nie zadają niewygodnych pytań, niestety czas płynie dosyć szybko i nim człowiek się obejrzy stają się coraz starsze i nie mają oporu przed tym, aby pytać o wszystko. - Nie wiedziała o tym, że mężczyzna miał dziecko, bo skąd mogła to wiedzieć, nie byli ze sobą szczególnie blisko, nie znali się poza tymi kilkoma interakcjami podczas spotkań Towarzystwa Herbologicznego. Nie należała do wścibskich osób, więc nie wypytywała go jakoś szczególnie o to, dlaczego wychowuje syna sam. Założyła bowiem, że tak jest po jego wypowiedzi. Niezbadane były koleje losu, czy coś, ona sama podążała taką drogą od kilku lat przez to, że kiedyś podjęła pewną decyzję. Właściwie ostatnio to się zmieniło, ojciec Mabel wrócił do ich życia całkiem niespodziewanie, mimo tych decyzji, które kiedyś podjęła i które wydawały jej się właściwe.
- Ambroise się nie chwalił, że ma chrześniaka, swoją drogą zdarzało mu się zostawać z moją córką, kiedy była mniejsza. Zdecydowanie ma rękę do dzieci, dziwi mnie, że jeszcze nie myślał o tym, żeby mieć swoje własne. - Nawet zdarzyło im się o tym dyskutować całkiem niedawno, gdzie doszli do wniosku, że nie wszyscy muszą mieć potomstwo, co akceptowała. Nie każdy miał do tego powołanie, chociaż wydawało jej się, że Roise faktycznie nadawałby się na ojca, o czym zresztą mu wspominała.
Całkiem przyjemnie jej się gawędziło z Corneliusem, aż tak przyjemnie, że dosyć szybko zapomniała o celu swojej wizyty, na szczęście gdy znaleźli się w ogrodach dotarło do niej to, że nie było to spotkanie towarzyskie, a raczej jedno z tych naukowych. Mieli znaleźć czarne róże, zobaczyć skąd i po co właściwie się tutaj wzięły.
Oczywiście okazało się, że była nie do końca uważna, poczuła bowiem pod obcasem swojego buta coś. Nim jednak zdążyła zareagować coś zostało przez nią zdeptane i zakopane w ziemi. Była prawdziwym pechowcem. Trochę jej się z tego powodu zrobiło głupio, bo może ta fiolka miała większe znaczenie, niż mogło się wydawać?
Przeprosiła Corneliusa za swoją nieuwagę rumieniąc się przy tym okropnie, nie znosiła wychodzić na niekompetentną, jednak czasem nie dało się uniknąć takich sytuacji. Taką już miała naturę, nie dało się z tym niczego zrobić.
Miała jedynie nadzieję, że mężczyzna nie zapamięta tej nieporadności. Spacerowali jeszcze po ogrodzie dłuższą chwilę, w końcu dotarli do czarnych róż, które podziwiali dłuższą chwilę, w końcu nadszedł czas, aby opuścić to miejsce. Podziękowała mu jeszcze grzecznie za to, że jej towarzyszył, po czym oddaliła się pospiesznie w stronę magicznego Londynu.