14.03.2025, 19:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2025, 19:06 przez Alexander Mulciber.)
Może i okładał go teraz pięściami, ale przegrał o wiele ważniejszą walkę. Walkę na symbole. Mógł próbować zakpić z niego, rzucając mu w twarz wspomnieniem kręgu Greybacków, ale Hati odparował cios, wymierzywszy w niego cygańską przyśpiewką z andaluzyjskich szlaków. Piosenką, która bolała jak prawy sierpowy. Piosenka, która bolała, bo uderzając w jego tożsamość, w jego dziedzictwo – prawdziwe dziedzictwo, to cygańskie, które płynęło w jego krwi, nie to angielskie, które przypadło mu razem z arystokratycznym nazwiskiem – uderzała w to, co najbliższe było sercu Cygana, zdradzonego przez własną piosenkę. Oczywiście, że bolało, bo Greyback, podobnie jak i Mulciber, posiadał szczególny talent do mówienia rzeczy, które bolały.
"Jest teraz zbyt wiele rzeczy, których nie można naprawić pięściami", westchnęła mu nad uchem Ambrosia – nad tym samym, w którym od czasu bójki z Louvainem mieszkała cisza – ale Alexander tylko potrząsnął niecierpliwie głową, sam nie wiedząc, od czyich słów opędza się teraz jak pies od gryzących go pcheł. "Jest teraz zbyt wiele rzeczy, których nie można naprawić pięściami"... Ta?, pomyślał nieprzytomnie Alexander. To patrz teraz.
Przyłożył mu tak, że aż go ręka zabolała.
Skrzywił się, ale nie mógł rozetrzeć knykci, bo Greyback szybko otrząsnął się z początkowego zamroczenia. Hati zawsze był silniejszy, o wiele silniejszy, i dobrze o tym wiedział, ale Alex, dyszący teraz ciężko, też miał wiele sztuczek w rękawie. Nie mógł równać się z nim sprawnością, ale nadrabiał to nieustępliwością i trzecim okiem. Wykorzystując to, że Greyback chwycił go za ramię, przycisnął mężczyznę do ziemi własnym ciężarem, szarpnąwszy się w drugą stronę, gdy ten próbował go z siebie zrzucić "Jak boli, to znaczy, że jeszcze nie zdechłeś", zaśmiał mu się w twarz Hati. Alex zastanawiał się, czy nie kopnąć go w retaliacji.
– Próbowałem – wycedził. Jeszcze kilka dni temu powiedziałby, że wciąż próbuje zdechnąć, ale nie mogł powiedzieć tego teraz. "Próbuję" nie śmiało przejść przez zaciśnięte zęby. Życie nie stało się prostsze po powrocie Rumunii, ale prostsze niż dotychczas stało się wybieranie życia pomimo wszystkiego, co go w tym życiu spotkało. Już nie wbrew sobie, pomyślał, a pomimo siebie. – A ty?
Kiedy widzieli się ostatnio? Trzy lata minęły co najmniej od służbowego wyjazdu do Włoch, kiedy zahaczył niezobowiązująco o Sycylię, podziwiając po drodze sady cytrusów porastające obrzeża wąwozu Alcantara, oliwne gaje i winnice, w których rozlewano słodkie wina do ceramicznych waz w motywie le teste di Moro. Przywiózł wtedy rozmiłowanemu w poezji Hatiemu eleganckie wydanie wierszy Petrarki, i chwała Merlinowi, bo miał przynajmniej co zrobić z rękoma, które same zaciskały się w pięści na widok życia, jakie zbudował sobie przyjaciel. Dom, żona, jeszcze piękniejsza od poprzedniej, i sycylijskie słońce palące w twarz, gdy spacerowali we dwóch, wreszcie znalazłszy chwilę, by porozmawiać na osobności.
"Udało ci się, Greyback", stwierdził z rozmysłem Alexander, sięgnąwszy po kiść daktyli, zwieszającą się z rosnącej dziko palmy daktylowej. Obracał przez chwilę zerwane z drzewa owoce w palcach: tak soczyste, że aż lepkie od soku, i wciąż jeszcze ciepłe od słońca. Zastanawiał się, czy włoskie daktyle są równie słodkie, co te greckie. Czy tamtejsze pomarańcze smakują równie cierpko, czy brzoskwinie pachną równie intensywnie. "Masz tu dobre życie", odezwał się nagle. "Nie zepsuj tego". A potem wpakował daktyle do buzi, całą garść, aż sok pociekł mu po brodzie, choć kompletnie stracił apetyt.
No i kurwa zepsuł, bo inaczej by go tutaj nie było. Bo oto Greyback leżał pod nim, z obitą mordą, i na pewno nie wiódł już życia godnego zazdrości. Zepsuł swoją szansę na szczęście, tak samo, jak zrobił to Alexander, i jeszcze miał czelność udawać, że jest inaczej, więc zasłużył, żeby dostać w ryj.
I dostał. Bo zasłużył.
"Jest teraz zbyt wiele rzeczy, których nie można naprawić pięściami", westchnęła mu nad uchem Ambrosia – nad tym samym, w którym od czasu bójki z Louvainem mieszkała cisza – ale Alexander tylko potrząsnął niecierpliwie głową, sam nie wiedząc, od czyich słów opędza się teraz jak pies od gryzących go pcheł. "Jest teraz zbyt wiele rzeczy, których nie można naprawić pięściami"... Ta?, pomyślał nieprzytomnie Alexander. To patrz teraz.
Przyłożył mu tak, że aż go ręka zabolała.
Skrzywił się, ale nie mógł rozetrzeć knykci, bo Greyback szybko otrząsnął się z początkowego zamroczenia. Hati zawsze był silniejszy, o wiele silniejszy, i dobrze o tym wiedział, ale Alex, dyszący teraz ciężko, też miał wiele sztuczek w rękawie. Nie mógł równać się z nim sprawnością, ale nadrabiał to nieustępliwością i trzecim okiem. Wykorzystując to, że Greyback chwycił go za ramię, przycisnął mężczyznę do ziemi własnym ciężarem, szarpnąwszy się w drugą stronę, gdy ten próbował go z siebie zrzucić "Jak boli, to znaczy, że jeszcze nie zdechłeś", zaśmiał mu się w twarz Hati. Alex zastanawiał się, czy nie kopnąć go w retaliacji.
– Próbowałem – wycedził. Jeszcze kilka dni temu powiedziałby, że wciąż próbuje zdechnąć, ale nie mogł powiedzieć tego teraz. "Próbuję" nie śmiało przejść przez zaciśnięte zęby. Życie nie stało się prostsze po powrocie Rumunii, ale prostsze niż dotychczas stało się wybieranie życia pomimo wszystkiego, co go w tym życiu spotkało. Już nie wbrew sobie, pomyślał, a pomimo siebie. – A ty?
Kiedy widzieli się ostatnio? Trzy lata minęły co najmniej od służbowego wyjazdu do Włoch, kiedy zahaczył niezobowiązująco o Sycylię, podziwiając po drodze sady cytrusów porastające obrzeża wąwozu Alcantara, oliwne gaje i winnice, w których rozlewano słodkie wina do ceramicznych waz w motywie le teste di Moro. Przywiózł wtedy rozmiłowanemu w poezji Hatiemu eleganckie wydanie wierszy Petrarki, i chwała Merlinowi, bo miał przynajmniej co zrobić z rękoma, które same zaciskały się w pięści na widok życia, jakie zbudował sobie przyjaciel. Dom, żona, jeszcze piękniejsza od poprzedniej, i sycylijskie słońce palące w twarz, gdy spacerowali we dwóch, wreszcie znalazłszy chwilę, by porozmawiać na osobności.
"Udało ci się, Greyback", stwierdził z rozmysłem Alexander, sięgnąwszy po kiść daktyli, zwieszającą się z rosnącej dziko palmy daktylowej. Obracał przez chwilę zerwane z drzewa owoce w palcach: tak soczyste, że aż lepkie od soku, i wciąż jeszcze ciepłe od słońca. Zastanawiał się, czy włoskie daktyle są równie słodkie, co te greckie. Czy tamtejsze pomarańcze smakują równie cierpko, czy brzoskwinie pachną równie intensywnie. "Masz tu dobre życie", odezwał się nagle. "Nie zepsuj tego". A potem wpakował daktyle do buzi, całą garść, aż sok pociekł mu po brodzie, choć kompletnie stracił apetyt.
No i kurwa zepsuł, bo inaczej by go tutaj nie było. Bo oto Greyback leżał pod nim, z obitą mordą, i na pewno nie wiódł już życia godnego zazdrości. Zepsuł swoją szansę na szczęście, tak samo, jak zrobił to Alexander, i jeszcze miał czelność udawać, że jest inaczej, więc zasłużył, żeby dostać w ryj.
Rzut na aktywność fizyczną, bijemy się.
Rzut Z 1d100 - 36
Slaby sukces...
Slaby sukces...
I dostał. Bo zasłużył.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat