15.03.2025, 16:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:13 przez Lorraine Malfoy.)
Przypominał jej teraz Maeve, która nie potrafiła nigdy prosić o pocieszenie, ale właśnie pocieszenia potrzebowała, gdy wybuchała potokiem słów, ostrych i gniewnych: nie musiała prosić, bo Lorraine sama zaczynała ją głaskać po aksamitnych włosach, pachnących mieszanką opium i kadzideł, zapewniając, że widzi jej ból, widzi jej smutek, widzi jej bezradność, ale teraz jesteś w moich ramionach, szeptała, gdy Maeve zaczynała się uspokajać, teraz jesteś bezpieczna, teraz jesteś kochana. Łaskotała ją w nos włosami, gdy nachylała się, aby pocałunkami odegnać jej smutki. Jestem twoją przystanią, Maeve, obiecywała jej w myślach, przeczekasz ze mną każdy sztorm.
Przypominał jej Baldwina, który patrzył na nią ze sceny, piękny i świetlisty, chmurny i żałobny. Baldwina, którego oczy błyszczały szaleńczo, bo znów dręczyły go wspomnienia wywoływane chorobą Milforda: limbo pamięci – tego, co przeszłe – mieszało się w nich z tym, co teraźniejsze, dopóki jego oczy nie napotkały jej oczu. Oczu Lorraine, niezmiennie zajmującej to samo miejsce na teatralnej widowni, oczu, które mówiły: jestem tutaj, byłam i zawsze będę. Jestem tu dla ciebie.
Przypominał jej ojca, który niezmiennie gniótł kolejne kartki, ciskał kałamarzem o ziemię, przewracał stół, niszcząc prace, z których nie był zadowolony... Niszczył więc wszystko, bo w tych momentach nic nie było w stanie go zadowolić, nic nie było w stanie ukoić jego furii. Lorraine w ciszy zbierała wówczas szczątki wybebeszonych poematów, podnosiła z podłogi dogorywające sonety, przyciskała do piersi niedokończone ballady. Ale ja je chcę, powtarzała niczym kapryśna dziewczynka, gdy wciąż jeszcze targany wściekłością Armand twierdził, że nigdy nie skończy żadnego z nich – choć wiedziała, że skończy wszystkie – są moje, upierała się, nie chcąc słyszeć choćby słowa odmowy.
Wszystkie były przecież dedykowane dla niej.
– Nic nie jest niewykonalne – zauważyła ostrożnie, przypatrując się z powagą Anthony'emu, którego znała tak dobrze, a mimo to, nie potrafiła znaleźć słów, które chciałby teraz usłyszeć. Być może znalazłaby je w innym języku. Gdyby miała jego dar, przemówiłaby do niego tym językiem. Językiem, którego Little Hangleton nigdy nie słyszało, i nigdy więcej nie miało usłyszeć, bo Lorraine nigdy więcej by go nie użyła, jeżeli to miała być cena za jedną szczerą rozmowę z Anthonym. – Granica między światami została zatarta, gdy Limbo otwarło przed nami swoje podwoje. Nawet umarli wracają do żywych. – Nagłe westchnięcie, po którym zapadła się miękko w krześle, zdradziło napięcie jej ramion, sztywność, z jaką trwała wyprostowana, nie dotykając oparcia plecami. Przymknęła na chwilę oczy, odchyliwszy głowę do tyłu, jak gdyby chciała wystawić twarz na promienie słońca. – Pytanie tylko, co przyjdzie poświęcić, aby wypełnić to, co wypełnić sobie zamierzyliśmy.
W końcu zwróciła jednak twarz z powrotem w stronę przyjaciela.
– Więc, Anthony, powiedz mi, proszę, jak zamierzasz tego dokonać. Jak zamierzasz zakończyć tę wojnę. – Ton, jakim zadała to pytanie, nie różnił się od tonu, jakim zwykle proponowała mu rewanż kolejną partią szachów. Zmęczona była bowiem udawaniem, że król schwytany w matni czerni i bieli gra na szarej szachownicy.
Przypominał jej Baldwina, który patrzył na nią ze sceny, piękny i świetlisty, chmurny i żałobny. Baldwina, którego oczy błyszczały szaleńczo, bo znów dręczyły go wspomnienia wywoływane chorobą Milforda: limbo pamięci – tego, co przeszłe – mieszało się w nich z tym, co teraźniejsze, dopóki jego oczy nie napotkały jej oczu. Oczu Lorraine, niezmiennie zajmującej to samo miejsce na teatralnej widowni, oczu, które mówiły: jestem tutaj, byłam i zawsze będę. Jestem tu dla ciebie.
Przypominał jej ojca, który niezmiennie gniótł kolejne kartki, ciskał kałamarzem o ziemię, przewracał stół, niszcząc prace, z których nie był zadowolony... Niszczył więc wszystko, bo w tych momentach nic nie było w stanie go zadowolić, nic nie było w stanie ukoić jego furii. Lorraine w ciszy zbierała wówczas szczątki wybebeszonych poematów, podnosiła z podłogi dogorywające sonety, przyciskała do piersi niedokończone ballady. Ale ja je chcę, powtarzała niczym kapryśna dziewczynka, gdy wciąż jeszcze targany wściekłością Armand twierdził, że nigdy nie skończy żadnego z nich – choć wiedziała, że skończy wszystkie – są moje, upierała się, nie chcąc słyszeć choćby słowa odmowy.
Wszystkie były przecież dedykowane dla niej.
– Nic nie jest niewykonalne – zauważyła ostrożnie, przypatrując się z powagą Anthony'emu, którego znała tak dobrze, a mimo to, nie potrafiła znaleźć słów, które chciałby teraz usłyszeć. Być może znalazłaby je w innym języku. Gdyby miała jego dar, przemówiłaby do niego tym językiem. Językiem, którego Little Hangleton nigdy nie słyszało, i nigdy więcej nie miało usłyszeć, bo Lorraine nigdy więcej by go nie użyła, jeżeli to miała być cena za jedną szczerą rozmowę z Anthonym. – Granica między światami została zatarta, gdy Limbo otwarło przed nami swoje podwoje. Nawet umarli wracają do żywych. – Nagłe westchnięcie, po którym zapadła się miękko w krześle, zdradziło napięcie jej ramion, sztywność, z jaką trwała wyprostowana, nie dotykając oparcia plecami. Przymknęła na chwilę oczy, odchyliwszy głowę do tyłu, jak gdyby chciała wystawić twarz na promienie słońca. – Pytanie tylko, co przyjdzie poświęcić, aby wypełnić to, co wypełnić sobie zamierzyliśmy.
W końcu zwróciła jednak twarz z powrotem w stronę przyjaciela.
– Więc, Anthony, powiedz mi, proszę, jak zamierzasz tego dokonać. Jak zamierzasz zakończyć tę wojnę. – Ton, jakim zadała to pytanie, nie różnił się od tonu, jakim zwykle proponowała mu rewanż kolejną partią szachów. Zmęczona była bowiem udawaniem, że król schwytany w matni czerni i bieli gra na szarej szachownicy.