Erik oblizał usta po drinku, uśmiechając się nieco pogodnie do siostry. Nie był to jednak w żadnym razie symbol szczęścia, czy zadowolenia, a raczej drobny dowód na to, że jeszcze się jakoś trzyma i dzielnie znosi pogrzeb. Może nie był z samą Simone wyjątkowo blisko, jednak sympatyzował ze stratą rodu Malfoyów.
— A ja jestem nieco przytłoczony. Nawet nie chodzi o to, że to pogrzeb, ale po prostu czuję się tu jakoś... inaczej — Zmarszczył brwi, nie wiedząc, jak dokładnie opowiedzieć o tym, co czuje.
Może chodziło o różnicę w klimacie tej rezydencji w posiadłości z jego rodzinnym domem? Dom Longbottomów charakteryzował się swego rodzaju ciepłem, którym domownicy chcieli ogrzać wszystkich, którzy byli im bliscy. Energia towarzysząca dworowi Malfoyów kojarzyła mu się z elegancją, jednak tą bardziej typową dla muzeów niźli budynkach, w których faktycznie mieszkali ludzie. Niezliczone zasady i normy, których należało się trzymać w tych czterech ścianach, zdawały się kapać na niego ze sklepienia, sprawiając, że czuł się tutaj prawie jak intruz. I może by i tak było, gdyby nie fakt, że miał przy sobie siostrę, jak i przynajmniej jedną przyjazną mu twarz wśród głównych żałobników.
— Wydaje mi się, że pasuje to do uroczystości — przyznał otwarcie, nie rozumiejąc zaskoczenia czy wręcz zgorszenia siostry. Ponownie sięgnął po alkohol. — Jeszcze przed chwilą słuchaliśmy pieśni żałobnych, a chyba nikomu nie zależy, żeby wśród gości zapadła niezręczna cisza. Zazwyczaj, gdy takowa się pojawia, ludzie zaczynają zadawać dziwne pytania.
Głównie chodziło mu o pytania do głównych żałobników, chociaż w tym przypadku nie zdziwiłby się, gdyby niektóre osoby zaczęły omawiać przy stole komplikacje społeczno-polityczne będące na językach społeczności w ostatnich miesiącach. Instrumenty muzyków nie były może najbardziej wymyślnym sposobem na odwrócenie uwagi gości, ale przynajmniej zwiększały liczbę bodźców, sprawiając, że część rozmów po prostu ginęła w szumie.
Co więcej, inni goście, alkohol, przekąski oraz muzyka... To wszystko sprawiało, że Malfyowie nie musieli czuć się aż tak zobowiązani, aby zajmować się gośćmi, a zamiast tego mogli wybrać do kogo podejść w pierwszej kolejności lub po prostu zająć się sobą. Lepsze to niż pozwolenie, aby reszta zebranych zaczęła ich zasypywać pytaniami. To raczej nie byłoby w dobrym guście.
Wysłuchał przemowy Elliotta, jednak mimo woli, gdy tylko do jego uszu dotarły pierwsze odgłosy szarpania za struny wiolonczeli, jego uwaga w stu procentach przeniosła się na Stellę Avery. Aż się odchylił na krześle, co by lepiej widzieć drobną blondynkę, poświęconą w pełni praktykowani swojego talentu. Bo to, że go posiadała, nie ulegało najmniejszym wątpliwościom. Longbottoma ogarnęła chęć zbliżenia się do podwyższenia, znalezienia się jak najbliżej tej artystki, wirtuozki, geniuszki i...
— Powinniśmy do niej napisać, jeśli przyjdzie nam organizować jeszcze jakiś bal, siostrzyczko — stwierdził, nachylając się nad Brenną, jednak nie spuszczając natarczywego wzroku z wiolonczelistki. Zupełnie poddał się jej urokowi wili, chociaż nie był do końca świadom tego, że to właśnie niezwykłe urodzenie dziewczyny przyczyniło się do wzmożonej uwagi z jego strony.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞