15.03.2025, 22:53 ✶
Olivia nie wiedziała o Zakonie za wiele. W zasadzie to wiedziała naprawdę malutko - nie wiedziała nawet, że nazywają sami siebie Zakonem Feniksa. Brenna poprosiła ją o pomoc i powiedziała, że istnieje taka grupa... No to jak mogła nie skorzystać? Kiedyś pewnie by się przed tym wzbraniała, bo przecież bycie neutralnym było niezwykle wygodne. Tylko że kiedyś balansowanie na krawędzi neutralności się musiało skończyć. W jej przypadku było to już wtedy, gdy po raz pierwszy obroniła kilkoro mugolaków w szkole. A szala przechyliła się, gdy związała się z Tristanem. To, że ktoś ją z tego powodu zaatakował było już w zasadzie formalnością. Stworzyła dla Brenny kilka eliksirów, ale wiedziała że to za mało. Dlatego gdy odezwała się do niej Nora, a wcześniej Dora, poczuła się... Częścią grupy - tak, dokładnie tak. Nie była sama, było ich więcej, razem mogły zdziałać naprawdę dużo. Olivia wierzyła, że magia zamknięta w odpowiednio uwarzonych eliksirach będzie miała szansę przechylić szalę tej nienawiści w taki sposób, że być może nie ochronią wszystkich, ale chociaż część osób.
- Tak, Olivia, Livia, Livy... Albo "ej ty" - zaśmiała się cicho, bo różnie ją nazywali. Czasem nie było czasu, żeby kłopotać się zapamiętywaniem imienia. A potem z jej ust wydobył się cichy pisk. - Lady! Jakie piękne imię. Idealne dla tak pięknej panny.
Gdy tylko Lady nadstawiła lekko łebek, Olivia ostrożnie wyciągnęła dłoń w jej kierunku. Umiała obchodzić się z magicznymi zwierzętami, uczył jej tego ojciec - magiczne koty Figgów jednak były jedyne w swoim rodzaju. W zasadzie jak koty ogólnie, dlatego wolała nie wykonywać gwałtownych ruchów, co było niezwykle trudne, zważywszy na to jak miękkie futerko miała kotka.
- Och, kawa byłaby cudowna - odwróciła na moment oczy od kota. Faktycznie, pod jej własnymi ślepiami miała przypudrowane, ale wciąż widoczne, sińce od niewyspania. - Wiem, że jest wieczór, ale ostatnie dni to tak jakby ktoś mnie zamknął w magibączku i kazał się kręcić bez przerwy. A słodycze...
Tu musiała się na chwilę zastanowić. Wydęła nieco usta, a jej wzrok zaczął krążyć mimowolnie po szklanej gablocie. Nie miała chyba żadnego ulubionego słodycza, za którego dałaby się pokroić.
- W zasadzie to lubię ciastka. Z czekoladą. Takie najzwyklejsze. I ciasto czekoladowe. I w sumie wszystko, co ma w sobie czekoladę - odpowiedziała, bo to chyba było najbliższe prawdy. Czekolada to było prawdziwe życie. Uśmiechnęła się lekko, na moment powracając wzrokiem do Lady. - Ale ci zazdroszczę. Mieszkam jeszcze z rodzicami a oni nie bardzo chcą mieć zwierzęta. Mówią, że nie mamy na nie miejsca.
Westchnęła cicho. Szanowała ich zdanie, chociaż w ogóle się z nim nie zgadzała. Ile by dała za własne mieszkanie i kota czy psa. Bo jej własna sowa to latała swoimi ścieżkami. Nie miała pojęcia, że za kilka dni będzie wręcz zmuszona do ucieczki z mieszkania rodziców, znajdującego się nad Fiolką.
- Tak, Olivia, Livia, Livy... Albo "ej ty" - zaśmiała się cicho, bo różnie ją nazywali. Czasem nie było czasu, żeby kłopotać się zapamiętywaniem imienia. A potem z jej ust wydobył się cichy pisk. - Lady! Jakie piękne imię. Idealne dla tak pięknej panny.
Gdy tylko Lady nadstawiła lekko łebek, Olivia ostrożnie wyciągnęła dłoń w jej kierunku. Umiała obchodzić się z magicznymi zwierzętami, uczył jej tego ojciec - magiczne koty Figgów jednak były jedyne w swoim rodzaju. W zasadzie jak koty ogólnie, dlatego wolała nie wykonywać gwałtownych ruchów, co było niezwykle trudne, zważywszy na to jak miękkie futerko miała kotka.
- Och, kawa byłaby cudowna - odwróciła na moment oczy od kota. Faktycznie, pod jej własnymi ślepiami miała przypudrowane, ale wciąż widoczne, sińce od niewyspania. - Wiem, że jest wieczór, ale ostatnie dni to tak jakby ktoś mnie zamknął w magibączku i kazał się kręcić bez przerwy. A słodycze...
Tu musiała się na chwilę zastanowić. Wydęła nieco usta, a jej wzrok zaczął krążyć mimowolnie po szklanej gablocie. Nie miała chyba żadnego ulubionego słodycza, za którego dałaby się pokroić.
- W zasadzie to lubię ciastka. Z czekoladą. Takie najzwyklejsze. I ciasto czekoladowe. I w sumie wszystko, co ma w sobie czekoladę - odpowiedziała, bo to chyba było najbliższe prawdy. Czekolada to było prawdziwe życie. Uśmiechnęła się lekko, na moment powracając wzrokiem do Lady. - Ale ci zazdroszczę. Mieszkam jeszcze z rodzicami a oni nie bardzo chcą mieć zwierzęta. Mówią, że nie mamy na nie miejsca.
Westchnęła cicho. Szanowała ich zdanie, chociaż w ogóle się z nim nie zgadzała. Ile by dała za własne mieszkanie i kota czy psa. Bo jej własna sowa to latała swoimi ścieżkami. Nie miała pojęcia, że za kilka dni będzie wręcz zmuszona do ucieczki z mieszkania rodziców, znajdującego się nad Fiolką.