16.03.2025, 00:00 ✶
Blisko. Za blisko. Geraldine znalazła się zbyt blisko mnie. Może byłem otumaniony eliksirem, ale doskonale znałem tę odległość ze swoich snów. Była na wyciągnięcie ręki. Mogłem ją odepchnąć… albo przyciągnąć i ugryźć, co – rzecz oczywista – było bardziej kuszące.
To tylko potwierdzało moje przemyślenia – powinienem zostać zniszczony. Byłem zagrożeniem dla swojego otoczenia. Kimi mi ufała, ale ufała też sobie. Podejmowała może głupiutkie decyzje, ale potrafiła się z nich wyplątać. Geraldine z kolei ufała mi aż za bardzo. Tak bardzo, że gubiła ostrożność. A ja widziałem jej śmierć. Nie raz. Nie dwa. Kilkanaście obrazów śmierci Geraldine Yaxley.
Odbiłem się od ściany. Zbliżyłem się bardziej, ale kolejnymi słowami odwracałem uwagę. Swoją? Czy Geraldine?
– Ugryzłem syna Prewettów. Tego… od góry, głowy – wyznałem poddenerwowany, rozedrgany. Kiedy mówiłem o tym głośno, nie tylko w swojej głowie, brzmiało to o wiele gorzej. Poważniej. ŚMIERTELNIE POWAŻNIE. – To nie zabawa w wszystko się dobrze skończy. Nigdzie tego nie zgłosił, ale powinien. Gdyby to zrobił, miałbym przejebane. Ty też nikomu nie mów. Nic nie wiesz. Pewnie by mnie już tu nie było, gdyby zginął. To takie paskudne bagno – stwierdziłem, wpatrując się w jej długą szyję. Nie byłem gotów patrzeć w jej oczy, widzieć jej reakcję, patrzeć, jak na mnie patrzy. Nie zasługiwałem na troskę ani litość.
– O to chodzi, że ja nie panuję nad sobą. Wymyka mi się to spod kontroli. Ktoś mnie powstrzymał. Nie wiem kto, ale chyba za namową Prewetta siedzi cicho. Nie znam go, ale… powinienem teraz być w dupie. Ogromnej dupie. Zasługuję na to, a nie na spokój ze strony władz – mówiłem z rozżaleniem.
Puenta była chyba taka, że odwracałem nasze uwagi. I moją, i Geraldine. BESTIA. Tak, Bestia wiedziała, że nie można ufać mnie i moim wartościom. Ona wiedziała, że jeśli rozum się zorientuje, to nici z posiłku. Nie mogłem sobie ufać. Tak jak bestia nie ufała mi. Ale ja byłem też tą bestią, a ona była we mnie...? Robiło się to ostro popierdolone.
To, że chciałem gryźć, bo po prostu miałem okazję. Picie zimnej krwi z butelki nie było tym samym co picie krwi prosto z ciepłego ciała. A, o zgrozo, ostatnio żywiłem się tylko tą zimną krwią. Nie dawała takiego kopa, takiego uczucia życia jak…
Argh!
Odepchnąłem Geraldine od siebie. Mocno, za mocno. Nie mogłem o tym myśleć. Nie mogłem wspominać. Nie powinienem przede wszystkim pragnąć gryźć żywych osób. Zimna krew z opakowania była bezpieczna dla innych. Była najlepsza. WYŚMIENITA. Nie wiązała się z bólem ani kradzieżą… względną, bo przecież nie wiedziałem, skąd Dziwne Siostry ją brały.
– Muszę zjeść. Mam zapas. Nie kuś mnie swoją osobą – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, wpatrując się uparcie w kant szafy. KANT SZAFY NIE BYŁ KRWAWY. NIE BYŁ NIĄ NASĄCZONY. BYŁ BEZKRWISTY. ZWYKŁE, STARE DREWNO. TROCHĘ ZAKURZONE. BARDZO ZAKURZONE. NIE CHCIAŁEM WGRYZAĆ W NIE ZĘBÓW.
A jednak się trząsłem. Może bardziej przez wspomnienia niż przez pragnienie, ale w tej chwili bestii było wszystko jedno. Bylebym pragnął.
To tylko potwierdzało moje przemyślenia – powinienem zostać zniszczony. Byłem zagrożeniem dla swojego otoczenia. Kimi mi ufała, ale ufała też sobie. Podejmowała może głupiutkie decyzje, ale potrafiła się z nich wyplątać. Geraldine z kolei ufała mi aż za bardzo. Tak bardzo, że gubiła ostrożność. A ja widziałem jej śmierć. Nie raz. Nie dwa. Kilkanaście obrazów śmierci Geraldine Yaxley.
Odbiłem się od ściany. Zbliżyłem się bardziej, ale kolejnymi słowami odwracałem uwagę. Swoją? Czy Geraldine?
– Ugryzłem syna Prewettów. Tego… od góry, głowy – wyznałem poddenerwowany, rozedrgany. Kiedy mówiłem o tym głośno, nie tylko w swojej głowie, brzmiało to o wiele gorzej. Poważniej. ŚMIERTELNIE POWAŻNIE. – To nie zabawa w wszystko się dobrze skończy. Nigdzie tego nie zgłosił, ale powinien. Gdyby to zrobił, miałbym przejebane. Ty też nikomu nie mów. Nic nie wiesz. Pewnie by mnie już tu nie było, gdyby zginął. To takie paskudne bagno – stwierdziłem, wpatrując się w jej długą szyję. Nie byłem gotów patrzeć w jej oczy, widzieć jej reakcję, patrzeć, jak na mnie patrzy. Nie zasługiwałem na troskę ani litość.
– O to chodzi, że ja nie panuję nad sobą. Wymyka mi się to spod kontroli. Ktoś mnie powstrzymał. Nie wiem kto, ale chyba za namową Prewetta siedzi cicho. Nie znam go, ale… powinienem teraz być w dupie. Ogromnej dupie. Zasługuję na to, a nie na spokój ze strony władz – mówiłem z rozżaleniem.
Puenta była chyba taka, że odwracałem nasze uwagi. I moją, i Geraldine. BESTIA. Tak, Bestia wiedziała, że nie można ufać mnie i moim wartościom. Ona wiedziała, że jeśli rozum się zorientuje, to nici z posiłku. Nie mogłem sobie ufać. Tak jak bestia nie ufała mi. Ale ja byłem też tą bestią, a ona była we mnie...? Robiło się to ostro popierdolone.
To, że chciałem gryźć, bo po prostu miałem okazję. Picie zimnej krwi z butelki nie było tym samym co picie krwi prosto z ciepłego ciała. A, o zgrozo, ostatnio żywiłem się tylko tą zimną krwią. Nie dawała takiego kopa, takiego uczucia życia jak…
Argh!
Odepchnąłem Geraldine od siebie. Mocno, za mocno. Nie mogłem o tym myśleć. Nie mogłem wspominać. Nie powinienem przede wszystkim pragnąć gryźć żywych osób. Zimna krew z opakowania była bezpieczna dla innych. Była najlepsza. WYŚMIENITA. Nie wiązała się z bólem ani kradzieżą… względną, bo przecież nie wiedziałem, skąd Dziwne Siostry ją brały.
– Muszę zjeść. Mam zapas. Nie kuś mnie swoją osobą – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, wpatrując się uparcie w kant szafy. KANT SZAFY NIE BYŁ KRWAWY. NIE BYŁ NIĄ NASĄCZONY. BYŁ BEZKRWISTY. ZWYKŁE, STARE DREWNO. TROCHĘ ZAKURZONE. BARDZO ZAKURZONE. NIE CHCIAŁEM WGRYZAĆ W NIE ZĘBÓW.
A jednak się trząsłem. Może bardziej przez wspomnienia niż przez pragnienie, ale w tej chwili bestii było wszystko jedno. Bylebym pragnął.