Doprowadzenie się do porządku po teleportacji świstoklikiem nie zajęło czteroosobowej grupie jakoś wyjątkowo dużo czasu. Sprawdzili, czy zachowali wszystkie kończyny i czy przypadkiem nie zostawili żadnego bagażu w Dolinie Godryka, po czym rozdzielili się na dwa zespoły, co by efektywniej przeprowadzić poszukiwania tego całego zielska potrzebnego specjalistom do eliksirów z Zakonu Feniksa. Norze przypadła w udziale wycieczka w leśną głuszę z Erikiem, aczkolwiek mężczyzna wątpił, aby był to dla niej powód do narzekań.
— Nie chcesz skosztować nieco szkockich widoków? — mruknął żartobliwie, starając się przy tym imitować szkocki akcent, co tylko sprawiło, że brzmiał, jakby warczał na przyjaciółkę. Oblał się lekkim rumieńcem. Cóż, gdyby przyszło co do czego i musiał udawać rodowitego szkota, to raczej by mu to nie wyszło zbyt dobrze. Eh, a mógł siedzieć cicho i tylko przytaknąć bezgłośnie.
Zrównał tempo kroku z Norą, rozglądając się na boki, jednak w przeciwieństwie do blondynki nie zwracał dużej uwagi na roślinność. O ile poszukiwana przez nich roślinka nie błyszczała w słońcu i nie miała płatków w kolorze tęczy, to Longbottom mógłby ją równie dobrze pomylić z chwastami lub całą masą polnych kwiatów, które zaczynały kwitnąć podczas wiosny. Zamiast tego wypatrywał potencjalnych niebezpieczeństw lub kawałków lasu, które mogły się wydawać jakkolwiek podejrzane.
— Oczywiście, po tu jestem. Przynajmniej tak zakładam — Uśmiechnął się półgębkiem, obracając w ustach miętusa. Bądź co bądź, nie spodziewał się większych problemów podczas tej wyprawy. Zakładał wręcz, że wyprawa ta będzie przyjemnym spacerkiem, gdzie będzie musiał co najwyżej wdrapać się na jakieś drobne wzgórze, aby zebrać ziele zamiast Nory. — Chociaż prawdę mówiąc, nie wiem, co mogłoby nam tu grozić. Przynajmniej ze strony zwierząt, bo w końcu w okolicy jest wioska. Chociaż „Czyściduch” nie wywołuje u mnie żadnych konkretnych skojarzeń...
Czy powinien był przeprowadzić jakiś wywiad? Wprawdzie nieczęsto sięgał do atlasów czy przewodników, ale może tego też od niego oczekiwała Zeneida? Z drugiej strony, gdyby faktycznie było to wymagane, to raczej wspomniałaby w liście, że jest to część jego zakresu obowiązków. W sumie może okoliczna wioska nie była w ogóle ważna, gdyż po prostu znajdowała się blisko miejsca, w którym występował główny składnik potrzebnego antidotum? Pokręcił głową, odpychając na boczny tor wszelkie wątpliwości. Teraz i tak już nie zmieni stanu swojej wiedzy.
— Prawda. Zastanawiam się, co takiego jej się przytrafiło, że oberwała tak mocną klątwą. Efekt jakiegoś artefaktu, ingerencja człowieka — wyliczał kolejne możliwości, drapiąc się po głowie.
Doświadczył na własnej skórze, jak to jest nosić na sobie przynajmniej dwie klątwy i wiedział, że proces rekonwalescencji nie jest łatwy i przyjemny. A miał do czynienia, na Merlina, z klątwą kuchenną rzuconą przez niedoświadczoną osobę, toteż ryzyko nie było śmiertelne. Przynajmniej już nie. Arabella zaś faktycznie musiała potrzebować istnego cudu, skoro zaangażowano tak dużą liczbę członków Zakonu Feniksa. Erik westchnął ciężko.
— Masz w ogóle jakieś informacje na temat tej rośliny? — spytał, gdy weszli głębiej w leśną knieję. Nie znał się ani trochę na Zielarstwie, ale z poruszaniem się w terenie nie było z nim aż tak źle. Gdyby, powiedzmy, roślinka występowała blisko zbiorników wodnych, to mogliby się skupić na tym, aby zlokalizować takowy, chociażby w formie jakiegoś strumyka lub stawu. — Gdzie rośnie, w jakich warunkach, w jakich pobliżu roślin występuje?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞