16.03.2025, 12:43 ✶
Pragnę Ci tylko przypomnieć, że masz dwóch braci. Nie jednego. - uniosła wzrok w kierunku sufitu. Mały problem, zaraz mogła nie mieć żadnego.
Więzy krwi były tylko i aż tym, co łączyło ją z drugim bratem. Czy jedno morderstwo więcej robiłoby dużą różnicę? - nie, Scarlett. Przemawia przez Ciebie złość. Chcesz zostać prawniczką, nie niszcz swojej przyszłości. Brudne sprawy należało załatwiać w białych rękawiczkach, aby kartoteka pozostawała nieskalana, a nazwisko czyste.
Zerknęła na ojca, biorąc wdech. Chcąc uspokoić drgające serce, opanować złość, a przynajmniej spróbować.
Usiadła na krześle naprzeciwko biurka, milcząc dłuższą chwilę. Potrzebowała przerwy, potrzebowała złapać oddech. Uśmiechnęłaby się kpiąco do samej siebie, gdy jej nastrój miotał się niczym oszalałe zwierzę.
Gdy emocje powracały, gdy tylko myśli zaczynały schodzić na temat ubiegłej nocy. Gdy wspomnienia podsuwały jej list, który dostała od Lorraine, gdy próbowała wycisnąć z Malfoya każde kolejne słowo, chcąc zrozumieć. Gdy również w tym całym bałaganie pojawił się list od jej brata. Ostatni czas nie był ich czasem.
-Wiesz... - zagryzła wargę, zaczynając z wolna przesuwać paznokciem palca wskazującego o opuszek kciuka. Co miała powiedzieć? Od czego zacząć? tak wiele słów jednocześnie napływało, a każde z nich zdawało się niewystarczające. Miała wrażenie, że jej dusza czernieje, nie... to nie była dusza. Ona już dawno była spopielona, otulona przez marę. Wysłuchując bajek strzygi o lodowej pustyni. Tej którą znała, tej na której wylądowała jako mała dziewczynka, próbując rozgonić sępy od swojego anioła stróża, który już dawno temu wydał ostatnie tchnienie. Trzymając go kurczowo za rękę. Błagając przez łzy o jeszcze jeden cud, aby otworzył oczy, aby zabrał ich stąd. A Ona obiecuje być dobrym człowiekiem. Ale nie usłyszała swych próśb, swych błagań, swych łez, swego krzyku. Będąc miejscu w którym wszystkie dźwięki gasły, pochłoniętego przez nicość. I tylko sępy stworzone z cieni i cierni krążyły, raniąc jej drobne ręce.
-Charles... - jak dziwny był smak jego imienia. Tak obcy i cierpki, gdyż w tej formie rzadko używany. Aczkolwiek dzisiejszego dnia nie rozmawiali o Charlim, o jej słodkim Charlim, o jej wspierającym Charlim. Tego dnia rozmawiali o Charlesie Robercie Mulciber, który od ostatniego dnia wakacji próbował targnąć na życie ich wspólnego świata i robił wszystko, aby zburzyć to co budowane było latami.
-Twój syn napadł na Baldwina... - wyrzuciła krótko, próbując oswoić się z tym co wypadło z jej ust, starając się nie dokładać emocji, które towarzyszyły temu zajściu.
-Bo to była napaść... - wysyczała przez zaciśnięte zęby, wbijając boleśnie paznokieć w opuszek kciuka.
-A Baldwin, nie zrobił nic... A to jest kurwa moja wina... to jest moja...-złapała głośniej wdech- moja pierdolona wina... - czuła jak emocje na powrót biorą górę. W jej żyłach krew zaczyna mieszać się z trucizną, zaczynając wrzeć i palić niemiłosiernie. Chciała aby przestało, chciała sięgnąć dłonią i wydrapać każdą emocję, aż przestanie palić, aż przestanie czuć gniew tak bardzo jak czuła go w tej chwili, jak gdyby miałoby jej to pomóc.
-Wiedział jak ważny jest dla mnie Charles... wiedział jak wiele dla mnie znaczy... i dlatego nie podniósł na niego ręki... - pochyliła głowę - Winien mu obić mordę, a nie zrobił nic, z mojego powodu... i też z mojego powodu nie chciał mi powiedzieć o całym zajściu i musiałam dowiadywać się od osób trzecich, a potem wyciągać to z niego siłą - wyznała cicho. Przywołując obrazy z poprzedniego dnia. Tego jak musiała się natrudzić i wiedząc, że gdyby nie list od Lorraine i list od Charlesa to sam Baldwin nie powiedziałby nic, udałby przed nią, że sytuacji nie było, albo zbagatelizował by takową, aby nie zaogniać jej konfliktu z Charlim.
-To jest ta męskość? Honor? Duma? Atakowanie kogoś, kto się nie broni? kto nie ma zamiaru się bronić bo nie ma zamiaru walczyć? Szczyt męstwa, powinien być z siebie dumny... dumny z tego jak żałośnie wypada jego czyn w moich oczach. Jak wiele krzywdy mi tym uczynił, ile wstydu się najadłam... Jak bardzo za nic Charlie ma moje emocje, moje uczucia i moje szczęście... po raz kolejny - z każdym słowem zdawała się mówić spokojniej - To jest ta braterska miłość? - prychnęła kpiąco, przypominając sobie niezwykle burzliwy koniec lata podczas którego Charles mocno nadszarpnął jej zaufanie i jedynie fakt, że był jej ukochanym bratem tak naprawdę załagodził ich wspólny upadek, wyhamował ich przed przepaścią do której niewątpliwie zmierzali - Ostatnio aż nazbyt jej otrzymuje. W sierpniu już dał mi popis. A Baldwin go dalej bronił... bronił go kurwa przede mną, bronił go nawet tutaj, gdy jadł z nami śniadanie. Próbował naprawić to co się popsuło, nie znając szczegółów, ale wiedząc, że Charlie jest dla mnie ważny... myślisz, że go obchodził Charles? nie, ja go obchodziłam. Ja i moje uczucia go obchodziły - zacisnęła boleśnie dłonie, wbijając paznokcie w skórę. Czuła jak ból miesza się ze wszystkimi emocjami tworząc dość pojebany bałagan, aczkolwiek ten sam ból działał jak hamulec, pomagając jej nieco korygować reakcje. Reakcje, których od jakiegoś czasu nikt nie korygował, bo Baldwin akceptował każdą z jej twarzy, niezależnie jak szalone i agresywne miała odcienie - I nie pozwolę tego zniszczyć... nie pozwolę odebrać sobie tego co mam. A On kazał Baldwinowi mnie zostawić, nie zbliżać się... wiesz co bym zrobiła Charlesowi jakby Malfoy go usłuchał? O śmierci Charles mógłby jedynie pomarzyć... -wycedziła, wyłapując wzrok Richarda, wpatrując się w niego intensywnie. Oparła się o oparcie krzesła, jej wzrok pełen nienawiści zdawał się powoli wygasać.
-Baldwin chciał z nim się zakumplować, dla mnie... ja wiem, że potrafi być specyficzny, ale chciał dobrze. A ja się łudziłam, że może to dobrze. I go puściłam. Szczególnie, że tego samego dnia byliśmy na wspólnym śniadaniu... które również było pomysłem Baldwina, aby ocieplić moje kontakty z Charlim... - spojrzała w bok - Więc nie przeczuwałam, że coś może się wydarzyć... Ale najwidoczniej Charles jest niedojrzały i nie potrafi rozmawiać na poważne tematy - na jej usta wpłynął kpiący uśmiech - ale to mnie nie dziwi... On zawsze szept próbuje zagłuszyć krzykiem... Tak było też w sierpniu. Jak rozmowa ze ścianą... - nałożyła nogę na nogę - Baldwin podał w wątpliwość czy dobrym i rozsądnym jest wiązać się z dziewczyną półkrwi, należąc do konserwatywnej, czystokrwistej rodziny. Chciał o tym pogadać... może rozeznać się czy Charles jest świadomy bo całe życie prawie spędził w Norwegii... - wymruczała. Ona lubiła Scylle, ba... uwielbiała ją. Miała w sobie coś absolutnie magicznego. Wiedziała też, że Baldwin nic do niej nie miał. Aczkolwiek rozumiała obawy Baldwina, rozumiała dlaczego chciał poruszyć ten temat, dlaczego ten temat się pojawił. Przy jej pierwszym spotkaniu z blondynem, Baldwin już cytował wypowiedzi jej brata, który twierdził, że ojciec chciał dobrze, a On musi dbać o dobre imię rodu. Nie dziwne więc, że ów temat rozpoczął - Charles nie chciał słuchać jak cywilizowany człowiek, odbiło mu... a na końcu kazał trzymać się ode mnie z daleka, jakby miała być to kara za obrazę majestatu... - przymknęła ślepia, próbując zrozumieć jak to możliwe, że jest tu gdzie jest teraz. Zadając nieustannie pytanie dlaczego. Najwidoczniej każdy z nich miał priorytety, a te już dawno temu się rozbiegły. A mimo to, jeszcze do wczoraj łudziła się, że przynajmniej będą darzyć się szacunkiem, chociażby chłodnym, chociażby zdystansowanym.
-Czuje jakby własny brat próbował zniszczyć mi życie, tato... bo nie spodobało mu się, bo zrobiło mu się niewygodnie... - westchnęła cicho. Powiedziała na głos to co próbowała stłumić jako coś nieprawdziwego, bo bardzo chciała by nie była to prawda, aby było jak dawniej. Ale z każdym kolejnym dniem, z każdym listem i z każdym wydarzeniem powoli zaczynała tracić nadzieje - i pod fałszywą troską i obłudną opieką próbuje odebrać mi to co mnie uszczęśliwia bo zakuło go ego... Bo chce zrobić na złość dla Malfoya moim kosztem... - wymruczała. Gdyby Malfoy usłuchał i ją zostawił, stwierdzając że jest ponad patologią jaką zaprezentował jej brat, to pod koniec dnia to ona zostałaby najbardziej skrzywdzona, a ich nazwisko kolejny raz budziłoby niesmak. Charlie miałby swoją satysfakcje, że Malfoy usłuchał - a Ona... rozjebane życie. To Ona zostałaby sama, to ją by bolało. Charlie nie zrobiłby na złość dla Malfoya, zrobiłby krzywdę swojej siostrze, krzywdę, której Scarlett nigdy by mu nie wybaczyła.
Więzy krwi były tylko i aż tym, co łączyło ją z drugim bratem. Czy jedno morderstwo więcej robiłoby dużą różnicę? - nie, Scarlett. Przemawia przez Ciebie złość. Chcesz zostać prawniczką, nie niszcz swojej przyszłości. Brudne sprawy należało załatwiać w białych rękawiczkach, aby kartoteka pozostawała nieskalana, a nazwisko czyste.
Zerknęła na ojca, biorąc wdech. Chcąc uspokoić drgające serce, opanować złość, a przynajmniej spróbować.
Usiadła na krześle naprzeciwko biurka, milcząc dłuższą chwilę. Potrzebowała przerwy, potrzebowała złapać oddech. Uśmiechnęłaby się kpiąco do samej siebie, gdy jej nastrój miotał się niczym oszalałe zwierzę.
Gdy emocje powracały, gdy tylko myśli zaczynały schodzić na temat ubiegłej nocy. Gdy wspomnienia podsuwały jej list, który dostała od Lorraine, gdy próbowała wycisnąć z Malfoya każde kolejne słowo, chcąc zrozumieć. Gdy również w tym całym bałaganie pojawił się list od jej brata. Ostatni czas nie był ich czasem.
-Wiesz... - zagryzła wargę, zaczynając z wolna przesuwać paznokciem palca wskazującego o opuszek kciuka. Co miała powiedzieć? Od czego zacząć? tak wiele słów jednocześnie napływało, a każde z nich zdawało się niewystarczające. Miała wrażenie, że jej dusza czernieje, nie... to nie była dusza. Ona już dawno była spopielona, otulona przez marę. Wysłuchując bajek strzygi o lodowej pustyni. Tej którą znała, tej na której wylądowała jako mała dziewczynka, próbując rozgonić sępy od swojego anioła stróża, który już dawno temu wydał ostatnie tchnienie. Trzymając go kurczowo za rękę. Błagając przez łzy o jeszcze jeden cud, aby otworzył oczy, aby zabrał ich stąd. A Ona obiecuje być dobrym człowiekiem. Ale nie usłyszała swych próśb, swych błagań, swych łez, swego krzyku. Będąc miejscu w którym wszystkie dźwięki gasły, pochłoniętego przez nicość. I tylko sępy stworzone z cieni i cierni krążyły, raniąc jej drobne ręce.
-Charles... - jak dziwny był smak jego imienia. Tak obcy i cierpki, gdyż w tej formie rzadko używany. Aczkolwiek dzisiejszego dnia nie rozmawiali o Charlim, o jej słodkim Charlim, o jej wspierającym Charlim. Tego dnia rozmawiali o Charlesie Robercie Mulciber, który od ostatniego dnia wakacji próbował targnąć na życie ich wspólnego świata i robił wszystko, aby zburzyć to co budowane było latami.
-Twój syn napadł na Baldwina... - wyrzuciła krótko, próbując oswoić się z tym co wypadło z jej ust, starając się nie dokładać emocji, które towarzyszyły temu zajściu.
-Bo to była napaść... - wysyczała przez zaciśnięte zęby, wbijając boleśnie paznokieć w opuszek kciuka.
-A Baldwin, nie zrobił nic... A to jest kurwa moja wina... to jest moja...-złapała głośniej wdech- moja pierdolona wina... - czuła jak emocje na powrót biorą górę. W jej żyłach krew zaczyna mieszać się z trucizną, zaczynając wrzeć i palić niemiłosiernie. Chciała aby przestało, chciała sięgnąć dłonią i wydrapać każdą emocję, aż przestanie palić, aż przestanie czuć gniew tak bardzo jak czuła go w tej chwili, jak gdyby miałoby jej to pomóc.
-Wiedział jak ważny jest dla mnie Charles... wiedział jak wiele dla mnie znaczy... i dlatego nie podniósł na niego ręki... - pochyliła głowę - Winien mu obić mordę, a nie zrobił nic, z mojego powodu... i też z mojego powodu nie chciał mi powiedzieć o całym zajściu i musiałam dowiadywać się od osób trzecich, a potem wyciągać to z niego siłą - wyznała cicho. Przywołując obrazy z poprzedniego dnia. Tego jak musiała się natrudzić i wiedząc, że gdyby nie list od Lorraine i list od Charlesa to sam Baldwin nie powiedziałby nic, udałby przed nią, że sytuacji nie było, albo zbagatelizował by takową, aby nie zaogniać jej konfliktu z Charlim.
-To jest ta męskość? Honor? Duma? Atakowanie kogoś, kto się nie broni? kto nie ma zamiaru się bronić bo nie ma zamiaru walczyć? Szczyt męstwa, powinien być z siebie dumny... dumny z tego jak żałośnie wypada jego czyn w moich oczach. Jak wiele krzywdy mi tym uczynił, ile wstydu się najadłam... Jak bardzo za nic Charlie ma moje emocje, moje uczucia i moje szczęście... po raz kolejny - z każdym słowem zdawała się mówić spokojniej - To jest ta braterska miłość? - prychnęła kpiąco, przypominając sobie niezwykle burzliwy koniec lata podczas którego Charles mocno nadszarpnął jej zaufanie i jedynie fakt, że był jej ukochanym bratem tak naprawdę załagodził ich wspólny upadek, wyhamował ich przed przepaścią do której niewątpliwie zmierzali - Ostatnio aż nazbyt jej otrzymuje. W sierpniu już dał mi popis. A Baldwin go dalej bronił... bronił go kurwa przede mną, bronił go nawet tutaj, gdy jadł z nami śniadanie. Próbował naprawić to co się popsuło, nie znając szczegółów, ale wiedząc, że Charlie jest dla mnie ważny... myślisz, że go obchodził Charles? nie, ja go obchodziłam. Ja i moje uczucia go obchodziły - zacisnęła boleśnie dłonie, wbijając paznokcie w skórę. Czuła jak ból miesza się ze wszystkimi emocjami tworząc dość pojebany bałagan, aczkolwiek ten sam ból działał jak hamulec, pomagając jej nieco korygować reakcje. Reakcje, których od jakiegoś czasu nikt nie korygował, bo Baldwin akceptował każdą z jej twarzy, niezależnie jak szalone i agresywne miała odcienie - I nie pozwolę tego zniszczyć... nie pozwolę odebrać sobie tego co mam. A On kazał Baldwinowi mnie zostawić, nie zbliżać się... wiesz co bym zrobiła Charlesowi jakby Malfoy go usłuchał? O śmierci Charles mógłby jedynie pomarzyć... -wycedziła, wyłapując wzrok Richarda, wpatrując się w niego intensywnie. Oparła się o oparcie krzesła, jej wzrok pełen nienawiści zdawał się powoli wygasać.
-Baldwin chciał z nim się zakumplować, dla mnie... ja wiem, że potrafi być specyficzny, ale chciał dobrze. A ja się łudziłam, że może to dobrze. I go puściłam. Szczególnie, że tego samego dnia byliśmy na wspólnym śniadaniu... które również było pomysłem Baldwina, aby ocieplić moje kontakty z Charlim... - spojrzała w bok - Więc nie przeczuwałam, że coś może się wydarzyć... Ale najwidoczniej Charles jest niedojrzały i nie potrafi rozmawiać na poważne tematy - na jej usta wpłynął kpiący uśmiech - ale to mnie nie dziwi... On zawsze szept próbuje zagłuszyć krzykiem... Tak było też w sierpniu. Jak rozmowa ze ścianą... - nałożyła nogę na nogę - Baldwin podał w wątpliwość czy dobrym i rozsądnym jest wiązać się z dziewczyną półkrwi, należąc do konserwatywnej, czystokrwistej rodziny. Chciał o tym pogadać... może rozeznać się czy Charles jest świadomy bo całe życie prawie spędził w Norwegii... - wymruczała. Ona lubiła Scylle, ba... uwielbiała ją. Miała w sobie coś absolutnie magicznego. Wiedziała też, że Baldwin nic do niej nie miał. Aczkolwiek rozumiała obawy Baldwina, rozumiała dlaczego chciał poruszyć ten temat, dlaczego ten temat się pojawił. Przy jej pierwszym spotkaniu z blondynem, Baldwin już cytował wypowiedzi jej brata, który twierdził, że ojciec chciał dobrze, a On musi dbać o dobre imię rodu. Nie dziwne więc, że ów temat rozpoczął - Charles nie chciał słuchać jak cywilizowany człowiek, odbiło mu... a na końcu kazał trzymać się ode mnie z daleka, jakby miała być to kara za obrazę majestatu... - przymknęła ślepia, próbując zrozumieć jak to możliwe, że jest tu gdzie jest teraz. Zadając nieustannie pytanie dlaczego. Najwidoczniej każdy z nich miał priorytety, a te już dawno temu się rozbiegły. A mimo to, jeszcze do wczoraj łudziła się, że przynajmniej będą darzyć się szacunkiem, chociażby chłodnym, chociażby zdystansowanym.
-Czuje jakby własny brat próbował zniszczyć mi życie, tato... bo nie spodobało mu się, bo zrobiło mu się niewygodnie... - westchnęła cicho. Powiedziała na głos to co próbowała stłumić jako coś nieprawdziwego, bo bardzo chciała by nie była to prawda, aby było jak dawniej. Ale z każdym kolejnym dniem, z każdym listem i z każdym wydarzeniem powoli zaczynała tracić nadzieje - i pod fałszywą troską i obłudną opieką próbuje odebrać mi to co mnie uszczęśliwia bo zakuło go ego... Bo chce zrobić na złość dla Malfoya moim kosztem... - wymruczała. Gdyby Malfoy usłuchał i ją zostawił, stwierdzając że jest ponad patologią jaką zaprezentował jej brat, to pod koniec dnia to ona zostałaby najbardziej skrzywdzona, a ich nazwisko kolejny raz budziłoby niesmak. Charlie miałby swoją satysfakcje, że Malfoy usłuchał - a Ona... rozjebane życie. To Ona zostałaby sama, to ją by bolało. Charlie nie zrobiłby na złość dla Malfoya, zrobiłby krzywdę swojej siostrze, krzywdę, której Scarlett nigdy by mu nie wybaczyła.