02.02.2023, 22:27 ✶
Cóż, misja miała być tajna, więc im mniej osób wiedziało co i jak, tym mniejsze szanse, że cokolwiek dotrze do niepożądanych uszu. Nie spodziewali się tak naprawdę żadnego ataku, nie po tym, jak znaleźli się w tej zapomnianej przez przodków ruderze. Byli tylko dodatkowym zabezpieczeniem wśród wielu innych przedsięwziętych przez Dumbledora i jego innych zaufanych ludzi.
Thomas nie narzekał. Tak naprawdę nie chciał dziś zgrywać bohatera, wolał spokojny wieczór, podczas którego nic tak naprawdę się nie stanie. Wolał, by okazał się, że siedzieli w pokoju przeklętej na próżno.
Nie znał Peregrina. Przynajmniej do dziś. Czuł jednak, że może mu zaufać. Zresztą, często ich to ostatnio spotykało. W całej skrytości, która przyszło im zachowywać, musieli się nauczyć polegać na innych z Zakonu, nie ważne, że znali się od kilku minut. Siedzenie w tej organizacji oznaczało, że musieli być gotowi oddać życie za siebie nawzajem, a także za innych, którym może stać się krzywda. Tak właśnie o organizacji mówiła Lucy, gdy rekrutowała go do niej jakiś ponad rok temu. Nie pomyliła się.
Czekali na herbatę. Podszedł pod ścianę, o którą się oparł, spoglądając na Arabellę. Zaplątał ręce na piersi, jego mina niezbyt radosna, zastanawiał się, co odpowiedzieć na stwierdzenie McGonagalla. Nasłuchiwał kroków na skrzypiących schodach, młodzieniec, którego matki pilnowali, jednak nie wracał, zdecydował się więc odpowiedzieć.
- Nie wiem, czy zdążą, czy nie. To cholerny wyścig z czasem, a po drodze się może zdarzyć wszystko. Możemy mieć tylko nadzieję, że go wygrają - odparł w końcu wyraźnie zmartwiony. Nie chciał, by musieli znosić stratę członka Zakonu, nawet jeśli wcześniej nie zdążył poznać kobiety. Strata każdej duszy bolała w tych czasach o wiele mocniej. Bo oznaczało to cholerną przegraną z grupą niebezpiecznych psychopatów.
Odetchnął głębiej, gdy zapytano go ewentualny ogon.
- Spokojnie, pilnowałem się. Zmieniłem nawet na chwilę postać, by ewentualnie zmylić potencjalnych szpiegów jeszcze w Londynie. Potem leciałem na miotle, w ciemności było na pewno ciężko mnie wypatrzeć, nie pozostawiłem też dzięki temu za wiele śladów. A ty? Dotarłeś bez przeszkód? - odbił piłeczkę z uśmiechem. Czuł się trochę potraktowany z góry niczym jakiś żółtodziób. A był zawodowym detektywem. Znał się na tym i owym.
Syn Arabelli przybył z napojami. Thomas z wdzięcznością przyjął kawę, czarną, aromatyczną, w żółtym kubku. Co prawda na dnie pływały fusy, zdawał się jednak nimi nie przejmować. Przynajmniej, dopóki nie przybiorą kształtu ponuraka - pomyślał.
- Myślisz, że zwolennicy Dzbana spodziewają się, że jakoś ją wyratujemy, czy uważają, że przegramy i mocno się zaskoczą? - rzucił do McGongalla, mając na uwadze, że młodzieniec siedział już z nimi w pokoju, tuż przy boku matki.
Thomas nie narzekał. Tak naprawdę nie chciał dziś zgrywać bohatera, wolał spokojny wieczór, podczas którego nic tak naprawdę się nie stanie. Wolał, by okazał się, że siedzieli w pokoju przeklętej na próżno.
Nie znał Peregrina. Przynajmniej do dziś. Czuł jednak, że może mu zaufać. Zresztą, często ich to ostatnio spotykało. W całej skrytości, która przyszło im zachowywać, musieli się nauczyć polegać na innych z Zakonu, nie ważne, że znali się od kilku minut. Siedzenie w tej organizacji oznaczało, że musieli być gotowi oddać życie za siebie nawzajem, a także za innych, którym może stać się krzywda. Tak właśnie o organizacji mówiła Lucy, gdy rekrutowała go do niej jakiś ponad rok temu. Nie pomyliła się.
Czekali na herbatę. Podszedł pod ścianę, o którą się oparł, spoglądając na Arabellę. Zaplątał ręce na piersi, jego mina niezbyt radosna, zastanawiał się, co odpowiedzieć na stwierdzenie McGonagalla. Nasłuchiwał kroków na skrzypiących schodach, młodzieniec, którego matki pilnowali, jednak nie wracał, zdecydował się więc odpowiedzieć.
- Nie wiem, czy zdążą, czy nie. To cholerny wyścig z czasem, a po drodze się może zdarzyć wszystko. Możemy mieć tylko nadzieję, że go wygrają - odparł w końcu wyraźnie zmartwiony. Nie chciał, by musieli znosić stratę członka Zakonu, nawet jeśli wcześniej nie zdążył poznać kobiety. Strata każdej duszy bolała w tych czasach o wiele mocniej. Bo oznaczało to cholerną przegraną z grupą niebezpiecznych psychopatów.
Odetchnął głębiej, gdy zapytano go ewentualny ogon.
- Spokojnie, pilnowałem się. Zmieniłem nawet na chwilę postać, by ewentualnie zmylić potencjalnych szpiegów jeszcze w Londynie. Potem leciałem na miotle, w ciemności było na pewno ciężko mnie wypatrzeć, nie pozostawiłem też dzięki temu za wiele śladów. A ty? Dotarłeś bez przeszkód? - odbił piłeczkę z uśmiechem. Czuł się trochę potraktowany z góry niczym jakiś żółtodziób. A był zawodowym detektywem. Znał się na tym i owym.
Syn Arabelli przybył z napojami. Thomas z wdzięcznością przyjął kawę, czarną, aromatyczną, w żółtym kubku. Co prawda na dnie pływały fusy, zdawał się jednak nimi nie przejmować. Przynajmniej, dopóki nie przybiorą kształtu ponuraka - pomyślał.
- Myślisz, że zwolennicy Dzbana spodziewają się, że jakoś ją wyratujemy, czy uważają, że przegramy i mocno się zaskoczą? - rzucił do McGongalla, mając na uwadze, że młodzieniec siedział już z nimi w pokoju, tuż przy boku matki.