02.02.2023, 23:28 ✶
- To zupełnie inna posiadłość niż nasz dom – przyznała Brenna, bo doskonale rozumiała, co Erik miał na myśli. Bardziej elegancka. Chłodniejsza. Choć dom Longbottomów wypełniały cenne pamiątki i antyki, to tam służyły one domownikom lub były ważnym wspomnieniem – tu, miała wrażenie, powinny zachwycać, nigdy niedotykane. Wątpiła, by po tutejszych, wspaniałych poręczach, zjeżdżały dzieci, na kanapach bawiły się psy.
Ale jednocześnie Brenna miała na tyle specyficzny charakter, by jej to nie przytłaczało, bo…
- …ale ja jestem sobą i tutaj, i tam, i w każdym innym miejscu – oświadczyła z krótkim, bladym uśmiechem. Prawdopodobnie mogłaby tak samo swobodnie czuć się w leśnej chacie, zamieszkanej przez pustelnika, jak podejmowana w pałacu Buckingham.
Gdy rozbrzmiały pierwsze tony melodii, zwróciła spojrzenie ku Stelli. Występ nie wywoływał w niej zgorszenia, raczej lekkie zdumienie. Zapomniała zresztą o nim zaraz, bo urok wiły zadziałał na tyle, by na chwilę Brenna skupiła się tylko na grze, nie zwracając uwagi na inne rzeczy, dziejące się w sali. I to mimo tego, że zasadniczo nigdy nie była wielką fanką muzyki klasycznej, a już na pewno nie wiolonczeli: działały tutaj nie tylko umiejętności muzyczne, ale także dziedzictwo tkwiące we krwi panny Avery. Choć gdy później Brenna uświadomiła sobie, że artystka ich oczarowywała… to już chyba w duchu nie do końca pochwalała. Nie w takiej sytuacji. Brenna czasem bywała do bólu cyniczna, a czasem znów straszliwie naiwna: jak tu, gdy wciąż głupio wierzyła, że to wszystko powinno skupiać się wokół Simone, a nie czyjejś gry.
Potrzasnęła lekko ciemną głową, jakby miała wrażenie, że resztka uroku wciąż ją oblepia.
- Braciszku, pamiętasz ostatni występ wiły na naszym balu? – przypomniała szeptem, gdy utwór się zakończył. spojrzeniem wodząc po gościach, zaciekawiona, czy i na nich czar podziałał tak, jak na Erika i na nią. Stella miała do niego talent, bo oboje przecież byli już świadkami występów piosenkarki obdarzonej podobną mocą. – Potknięcie, ktoś wpadający na Theseusa, zamiana w bobra, ogólne zamieszanie… - wyrecytowała, rozglądając się, czy gdzieś na stole stoi po prostu woda. Zbliżał się chyba czas toastu, a ten wolałaby wznieść takim. – Żadnych więcej występów wili w naszym domu, bardzo proszę, bieganie za transmutowanymi zwierzętami w obcasach mnie wykończy. Ale postaram się dla ciebie o bilety na jej koncert – obiecała solennie Brenna.
Ale jednocześnie Brenna miała na tyle specyficzny charakter, by jej to nie przytłaczało, bo…
- …ale ja jestem sobą i tutaj, i tam, i w każdym innym miejscu – oświadczyła z krótkim, bladym uśmiechem. Prawdopodobnie mogłaby tak samo swobodnie czuć się w leśnej chacie, zamieszkanej przez pustelnika, jak podejmowana w pałacu Buckingham.
Gdy rozbrzmiały pierwsze tony melodii, zwróciła spojrzenie ku Stelli. Występ nie wywoływał w niej zgorszenia, raczej lekkie zdumienie. Zapomniała zresztą o nim zaraz, bo urok wiły zadziałał na tyle, by na chwilę Brenna skupiła się tylko na grze, nie zwracając uwagi na inne rzeczy, dziejące się w sali. I to mimo tego, że zasadniczo nigdy nie była wielką fanką muzyki klasycznej, a już na pewno nie wiolonczeli: działały tutaj nie tylko umiejętności muzyczne, ale także dziedzictwo tkwiące we krwi panny Avery. Choć gdy później Brenna uświadomiła sobie, że artystka ich oczarowywała… to już chyba w duchu nie do końca pochwalała. Nie w takiej sytuacji. Brenna czasem bywała do bólu cyniczna, a czasem znów straszliwie naiwna: jak tu, gdy wciąż głupio wierzyła, że to wszystko powinno skupiać się wokół Simone, a nie czyjejś gry.
Potrzasnęła lekko ciemną głową, jakby miała wrażenie, że resztka uroku wciąż ją oblepia.
- Braciszku, pamiętasz ostatni występ wiły na naszym balu? – przypomniała szeptem, gdy utwór się zakończył. spojrzeniem wodząc po gościach, zaciekawiona, czy i na nich czar podziałał tak, jak na Erika i na nią. Stella miała do niego talent, bo oboje przecież byli już świadkami występów piosenkarki obdarzonej podobną mocą. – Potknięcie, ktoś wpadający na Theseusa, zamiana w bobra, ogólne zamieszanie… - wyrecytowała, rozglądając się, czy gdzieś na stole stoi po prostu woda. Zbliżał się chyba czas toastu, a ten wolałaby wznieść takim. – Żadnych więcej występów wili w naszym domu, bardzo proszę, bieganie za transmutowanymi zwierzętami w obcasach mnie wykończy. Ale postaram się dla ciebie o bilety na jej koncert – obiecała solennie Brenna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.