— Bren, nie ma takiej opcji, żebyś zajęła się tym wszystkim, nie odwiedzając wcześniej szpitala.
Fernah niemal się załamała, słysząc, ile do zrobienia ma kuzynka. Chociaż ta reakcja mogła być też skutkiem potoku słów, jaki wylał się z ust Brenny i to w zaskakującym tempie. Może naprawdę ma coś nie tak z głową?
Zmierzyła Longbottom badawczym spojrzeniem, kiedy ta usiadła na ziemi. Uzdrowicielskie oko musiało być wprawne w wychwytywaniu różnorakich objawów, zwłaszcza u pacjentów, którzy takowe chcieli zataić. Tak spoglądając na nią i walcząc z sobą, czy dalej powinna naciskać na wizytę w Mungu, wysłuchała całej opowieści o szalonej miotle.
— Czekaj, chcesz powiedzieć, że ktoś rzucił urok na miotłę kogoś z twoich domowników?
Zmarszczyła brwi, niedowierzając, że ktoś z Longbottomów lub ich gości mógł uczynić czyjąś miotłę tak niebezpieczną. Kto? W jakim celu? Dlaczego? Przecież to nie ma sensu, chciała powiedzieć Brennie, ale zdała sobie sprawę, że to nic by nie dało.
— Mam nadzieję, że to o śmierci było żartem, Bren, bo w innym razie zabiorę cię do Munga siłą. — po tych słowach podniosła się i zaoferowała dłoń Brennie. — Domyślasz się czyja to miotła czy nie masz pojęcia? Może ktoś z waszych gości ją zostawił i ktoś zrobił mu słaby psikus? Albo to miotła odkupiona z drugiej ręki? Miałam kilka przypadków, kiedy to zakupione przedmioty były obłożone nieprzyjemnymi klątwami przez wcześniejszych właścicieli.
Zaproponowała, by Brenna wsparła się na jej ramieniu i tym samym nie obciążała nogi.
— Jesteś w stanie nas teleportować?
Taaaak, cóż... Fernah nie była prymusem, jeżeli chodzi o translokacje i nawet, teraz kiedy to Brenna nie była w stanie pierwszej świeżości, Paprotka nadal uważała, że aportowałaby je obie lepiej od niej.