Zatrzymała się tuż za Amandą, która jako pierwsza dobiegła do rannego czarodzieja. Na brodę Merlina, zdążyła tylko pomyśleć i na widok roztrzaskanych kości, tryskającej krwi i słysząc te wrzaski, żołądek podszedł jej do gardła.
— Fernah potrzebuję…
Dopiero te słowa sprawiły, że opanowała się na tyle, by zapamiętać, czego żądała uzdrowicielka. Krótkie skinienie, torba uderzająca o ściółkę i Paprotka z powrotem biegła do namiotu po wspomniane eliksiry. Przy okazji wzięła też eliksir znieczulający, chociaż jak znowu wybiegła z namiotu to krzyki z jakichś powodów ustały. Miała szczerą nadzieję, że czarodziej po prostu stracił przytomność z bólu, a nie przez ubywającą z ciała krew lub – co gorsza – śmierć.
— Musimy zatamować krwawienie… — powiedziała, podając Amandzie dwie fiolki, w jednej była esencja z dyptamu, a w drugiej zwykły środek do odkażania ran. — Mam jeszcze eliksir uspokajający.
[a]Uklęknęła po drugiej stronie nieszczęśliwca i z torby zaczęła kolejno wyjmować jałowe g
— Mam założyć opaski na kończyny? — spytała lekko drżącym głosem, chwytając wspomniany przedmiot.