17.03.2025, 23:50 ✶
Planował rzucić jedno niezobowiązujące zdanie, takie wręcz nieingerencyjne, by móc w spokoju ruszyć w swoją stronę, ale widok znajomej twarzy gdzieś tak w dole powstrzymał go nader skutecznie. Chociaż chęć machnięcia ręką i pójścia sobie dalej wciąż mocno siedziała w głowie i kazała parę razy się przemyśleć.
Zatrzymał się jednak i cofnął te pół kroku, które już miał zrobić, a potem niespiesznie odwrócił się w stronę dziewczyny. Jego wzrok przebiegł po niej uważnie z góry do dołu i z powrotem, analizując całokształt i szczegóły. Nic nie zdawało się odbiegać od normy, którą by zakładał, a słysząc jej złośliwą uwagę, tylko nabrał do tego wrażenia głębszego przekonania. Wraz ze słowami Traversówny na twarzy wilkołaka pojawił nikły grymas, który w porywach mógłby być uśmiechem, zakładając, że miałby lepszy humor.
— W przeciwieństwie do ciebie, jak widać — odmruknął trochę niedbale, choć miał ochotę napluć bardziej dosadnie na przynajmniej jedno jej słowo. Ale słysząc kolejne, prychnął już nieco bardziej prawdziwym rozbawieniem. — Nie moja wina, że szlajałaś się po lasach, zamiast korzystać. — Machnął podkreślająco ręką, po czym zwiesił ją swobodnie, już nie wkładając z powrotem do kieszeni. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, kątem oka zerkając na dwóch kolesi, którym najwyraźniej udało się dobrze umówić spotkanie, może po pracy, a może w załatwianiu sprawunków. Nie wyglądali szczególnie, więc zakładał to pierwsze.
Jednak większość jego uwagi skupiała się wciąż na Faye i powodach ich własnego spotkania. Jego uwadze nie uszedł ubiór czarownicy, subtelnie utytłany w na szczęście nie mokrej ziemi, drobinkach ściółki leśnej, przesiąknięty przyjemnych zapachem liści, kory i igliwia.
Ktoś mógłby wymyślić takie perfumy.
— A masz jakiekolwiek? — odparł, z lekka unosząc brwi, jakby rzucony powód całkowicie losowy. — Muszą być biedactwa strasznie głodne, skoro tak ci spieszno — dodał wręcz teatralnym tonem wyrażającym głęboką troskę o stan żabek. Nie wierzył jej szczególnie. Że przyszła po zakupy, to może by uwierzył, w końcu jest kobietą, a te robią dziwne zakupy i wpadają na dziwne pomysły, ale niech nie miesza w to żadnych żab. Co kazało mu się zastanowić, czego mogłaby potrzebować z Nokturnu.
Zaraz jednak inna myśl zaczęła skradać mu się po głowie. Dość ostrożnie, ale jednak.
— Lepszego miejsca i czasu nie mogłaś sobie znaleźć — dodał całkiem poważnie i rzucił okiem na przechodnia, który prawie w nich wlazł, zaczytując się w gazecie. Prawie na pewno nie posiadał już portfela. Albo posiadał więcej niż jeden.
Zatrzymał się jednak i cofnął te pół kroku, które już miał zrobić, a potem niespiesznie odwrócił się w stronę dziewczyny. Jego wzrok przebiegł po niej uważnie z góry do dołu i z powrotem, analizując całokształt i szczegóły. Nic nie zdawało się odbiegać od normy, którą by zakładał, a słysząc jej złośliwą uwagę, tylko nabrał do tego wrażenia głębszego przekonania. Wraz ze słowami Traversówny na twarzy wilkołaka pojawił nikły grymas, który w porywach mógłby być uśmiechem, zakładając, że miałby lepszy humor.
— W przeciwieństwie do ciebie, jak widać — odmruknął trochę niedbale, choć miał ochotę napluć bardziej dosadnie na przynajmniej jedno jej słowo. Ale słysząc kolejne, prychnął już nieco bardziej prawdziwym rozbawieniem. — Nie moja wina, że szlajałaś się po lasach, zamiast korzystać. — Machnął podkreślająco ręką, po czym zwiesił ją swobodnie, już nie wkładając z powrotem do kieszeni. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, kątem oka zerkając na dwóch kolesi, którym najwyraźniej udało się dobrze umówić spotkanie, może po pracy, a może w załatwianiu sprawunków. Nie wyglądali szczególnie, więc zakładał to pierwsze.
Jednak większość jego uwagi skupiała się wciąż na Faye i powodach ich własnego spotkania. Jego uwadze nie uszedł ubiór czarownicy, subtelnie utytłany w na szczęście nie mokrej ziemi, drobinkach ściółki leśnej, przesiąknięty przyjemnych zapachem liści, kory i igliwia.
Ktoś mógłby wymyślić takie perfumy.
— A masz jakiekolwiek? — odparł, z lekka unosząc brwi, jakby rzucony powód całkowicie losowy. — Muszą być biedactwa strasznie głodne, skoro tak ci spieszno — dodał wręcz teatralnym tonem wyrażającym głęboką troskę o stan żabek. Nie wierzył jej szczególnie. Że przyszła po zakupy, to może by uwierzył, w końcu jest kobietą, a te robią dziwne zakupy i wpadają na dziwne pomysły, ale niech nie miesza w to żadnych żab. Co kazało mu się zastanowić, czego mogłaby potrzebować z Nokturnu.
Zaraz jednak inna myśl zaczęła skradać mu się po głowie. Dość ostrożnie, ale jednak.
— Lepszego miejsca i czasu nie mogłaś sobie znaleźć — dodał całkiem poważnie i rzucił okiem na przechodnia, który prawie w nich wlazł, zaczytując się w gazecie. Prawie na pewno nie posiadał już portfela. Albo posiadał więcej niż jeden.