03.02.2023, 02:15 ✶
Nanette zmarszczyła ciemne brwi. Nerwowo zerknęła w stronę zamkniętych drzwi, jakby słowa Lucy miały w sobie jakąś podwójną moc. Opowiadały o tym, o czym sama wiedziała i jednocześnie przekreślały wszystkie nadzieje, które nosiła w sercu. Pokręciła głową.
- I gdzie mamy iść? – zapytała cicho. – Przecież to nasz dom. Mąż odziedziczył tu ziemię. Uczciwie remontowaliśmy dom. Tu mamy nasz cały dobytek… - wzdrygnęła się.
Była przestraszona i zła. Nie, nie na Lucy. Na Carrowa, który swoim zachowaniem i przynależnością do naśladowców Lorda Voldemorta, niszczył jej życie. Omiotła spojrzeniem korytarzyk, jakby próbowała wskazać jak właściwie wyglądał ten ich dobytek. Tylko, że nie było tu nic szczególnego. Dużo drewna. Dywan z plecionki. Wieszaki na ścianie z kilkoma kurtkami w różnych rozmiarach. Szafka na buty i stojące obok niej wysłużone kalosze. Z wnętrza domku, kobiety usłyszały krzyk dziecka, odgłos przedmiotu upadającego na ziemię i płacz. Nanette odruchowo ruszyła w stronę, skąd dolatywały dźwięki. Pozostawiła za sobą otwarte drzwi, by Lucy mogła pójść za nią.
Znalazły się w kuchni. Na wysokim krześle, siedział zapłakany kilkulatek. Właśnie był w porze posiłku, ale miseczka z płatkami, z której chyba jadł, razem z łyżeczką leżały na podłodze. Nanette westchnęła, podnosząc z ziemi i miskę i łyżeczkę. Oba przedmioty wrzuciła do zlewu a potem sięgnęła po zmywak by zetrzeć breję z podłogi.
- No cicho, cicho – zagadała do syna. – Nic się nie stało. Zaraz ci dam jabłko.
Uwijała się szybko, bardzo szybko, jakby była już nawykła do podobnych dramatów. Rozglądając się po kuchni, Lucy widziała, że miejsce było czyste i zadbane. Rodzina postarała się nawet o drobne szczegóły, które miały sprawić, by było tu ładnie: a to ułożono kolorową mozaikę nad zlewem, a to uszyto ręcznie zasłonki nad okienko czy wydziergano koronkowy obrusik na stół.
- Skoro jesteś aurorem, to czemu nie chcesz ich złapać i wsadzić do Azkabanu? – zapytała Nanette. – Przecież od tego jesteście. Powinniście ich, do cholery, połapać co do jednego i tam wsadzić. Niech się z draniem – tu już chyba nawiązywała do Carrowa – niech się z nim męczą dementorzy a nie ja, mój mąż, moje dzieci. Przecież nic mu nie zrobiliśmy, tak, tak nie można… - pokręciła głową. – My nawet nie mamy, dokąd iść.
Westchnęła ciężko, znowu zerkając w stronę okna. Nie opierała się aż tak bardzo, żeby nie dało się jej przekonać.
- Colette siedzi u siebie na górze w pokoju. Ja… ja potrzebuję chwili czasu. Zgarnę przynajmniej trochę rzeczy. Tu jest wszystko. Cały nasz dobytek – powtórzyła. – Co to za świat, w którym jedyną drogą ratunku jest ucieczka? – zapytała, marudząc pod nosem.
Dzieciak siedział zajęty jedzeniem jabłka. Nanette weszła do kolejnego pokoju. Dochodziły stamtąd dźwięki, jakby czegoś szukała. Może kufra?
- I gdzie mamy iść? – zapytała cicho. – Przecież to nasz dom. Mąż odziedziczył tu ziemię. Uczciwie remontowaliśmy dom. Tu mamy nasz cały dobytek… - wzdrygnęła się.
Była przestraszona i zła. Nie, nie na Lucy. Na Carrowa, który swoim zachowaniem i przynależnością do naśladowców Lorda Voldemorta, niszczył jej życie. Omiotła spojrzeniem korytarzyk, jakby próbowała wskazać jak właściwie wyglądał ten ich dobytek. Tylko, że nie było tu nic szczególnego. Dużo drewna. Dywan z plecionki. Wieszaki na ścianie z kilkoma kurtkami w różnych rozmiarach. Szafka na buty i stojące obok niej wysłużone kalosze. Z wnętrza domku, kobiety usłyszały krzyk dziecka, odgłos przedmiotu upadającego na ziemię i płacz. Nanette odruchowo ruszyła w stronę, skąd dolatywały dźwięki. Pozostawiła za sobą otwarte drzwi, by Lucy mogła pójść za nią.
Znalazły się w kuchni. Na wysokim krześle, siedział zapłakany kilkulatek. Właśnie był w porze posiłku, ale miseczka z płatkami, z której chyba jadł, razem z łyżeczką leżały na podłodze. Nanette westchnęła, podnosząc z ziemi i miskę i łyżeczkę. Oba przedmioty wrzuciła do zlewu a potem sięgnęła po zmywak by zetrzeć breję z podłogi.
- No cicho, cicho – zagadała do syna. – Nic się nie stało. Zaraz ci dam jabłko.
Uwijała się szybko, bardzo szybko, jakby była już nawykła do podobnych dramatów. Rozglądając się po kuchni, Lucy widziała, że miejsce było czyste i zadbane. Rodzina postarała się nawet o drobne szczegóły, które miały sprawić, by było tu ładnie: a to ułożono kolorową mozaikę nad zlewem, a to uszyto ręcznie zasłonki nad okienko czy wydziergano koronkowy obrusik na stół.
- Skoro jesteś aurorem, to czemu nie chcesz ich złapać i wsadzić do Azkabanu? – zapytała Nanette. – Przecież od tego jesteście. Powinniście ich, do cholery, połapać co do jednego i tam wsadzić. Niech się z draniem – tu już chyba nawiązywała do Carrowa – niech się z nim męczą dementorzy a nie ja, mój mąż, moje dzieci. Przecież nic mu nie zrobiliśmy, tak, tak nie można… - pokręciła głową. – My nawet nie mamy, dokąd iść.
Westchnęła ciężko, znowu zerkając w stronę okna. Nie opierała się aż tak bardzo, żeby nie dało się jej przekonać.
- Colette siedzi u siebie na górze w pokoju. Ja… ja potrzebuję chwili czasu. Zgarnę przynajmniej trochę rzeczy. Tu jest wszystko. Cały nasz dobytek – powtórzyła. – Co to za świat, w którym jedyną drogą ratunku jest ucieczka? – zapytała, marudząc pod nosem.
Dzieciak siedział zajęty jedzeniem jabłka. Nanette weszła do kolejnego pokoju. Dochodziły stamtąd dźwięki, jakby czegoś szukała. Może kufra?