18.03.2025, 07:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2025, 18:54 przez Asena Greyback.)
Niektórzy twierdzili, że jebało od niej mokrym psem, chociaż ona była przekonana, że im się myliło z jednym z naturalnych aromatów, które można było uświadczyć na Nokturnie. Póki jednak ktoś otwarcie nie kręcił na nią nosem, to nie mogła z tym nic zrobić. Dziewczynę, którą przyprowadził ze sobą Lewis, przywitała więc ładnym uśmiechem, takim nieco bardziej szczerym i przyjaznym niż ten, który rezerwowała dla klientów. Kolegę natomiast pożegnała pełnym nastoletniego zadęcia, zajmę się twoją dziewczyną, Lewis, kiedy ten znikał w kuchni, chcąc przygotować coś do jedzenia.
Przetarła ostatnią szklankę, z właściwą dla Rejwachowych standardów niedbałością i odstawiła ją na miejsce, szmatę odkładając na blat i obdarzając nagle Kayleth całą swoją uwagą.
- Zjadam tylko małe, niegrzeczne dziewczynki. Jak w bajce o czerwonym kapturku - uśmiechnęła się wesoło, jakby każda jej komórka ciała walczyła z tym, żeby wyzbyć się tej jakiejś groźności, którą można było w niej wyczuć. Sama nie była pewna o co chodziło, ale może była to jakaś osobliwa mieszanka pewności siebie i nonszalancji, zmieszanej z latami pracowania w... wszędzie i z naturalną szczyptą wilczego pierwiastka. Coś, co jej samej nieco umykało, głównie dlatego że nie mogła oglądać się non stop w lustrze i roztrząsać nad tym jak się prezentowała. Z całą tą wilkowatością i speluniarską atmosferą Rejwachu kontrastował też sam jej ubiór. Jej koszulka błyszczała. Dosłownie, bo ktoś postanowił wyszyć na niej jakiś tandetny napis z cekinów, które połyskiwały wesolutko przy każdym ruchu, zdobiąc jakiś melanż pudrowego różu i pastelowej żółci. Slogan należał do jakiegoś tandetnego, dziewczyńskiego zespołu popularnego dekadę temu w magicznych społecznościach o którego aktualnej wartości kulturowej dobitnie świadczył fakt, że ktoś jego merch oddał na wagę do szmaciaka.
- Jestem Asena - pochyliła się swobodnie nad blatem, opierając o niego łokciami i opierając brodę na splecionych palcach dłoni. - Lewisowi pewnie troszkę tam zejdzie, więc co powiesz na tour de Rejwach? - zagaiła, zgrabnie przesuwając akcent tak, by nazwa lokalu wybrzmiała odpowiednio do poprzedzających, obcojęzycznych słów. - I tak jest dzisiaj mały ruch.
Przetarła ostatnią szklankę, z właściwą dla Rejwachowych standardów niedbałością i odstawiła ją na miejsce, szmatę odkładając na blat i obdarzając nagle Kayleth całą swoją uwagą.
- Zjadam tylko małe, niegrzeczne dziewczynki. Jak w bajce o czerwonym kapturku - uśmiechnęła się wesoło, jakby każda jej komórka ciała walczyła z tym, żeby wyzbyć się tej jakiejś groźności, którą można było w niej wyczuć. Sama nie była pewna o co chodziło, ale może była to jakaś osobliwa mieszanka pewności siebie i nonszalancji, zmieszanej z latami pracowania w... wszędzie i z naturalną szczyptą wilczego pierwiastka. Coś, co jej samej nieco umykało, głównie dlatego że nie mogła oglądać się non stop w lustrze i roztrząsać nad tym jak się prezentowała. Z całą tą wilkowatością i speluniarską atmosferą Rejwachu kontrastował też sam jej ubiór. Jej koszulka błyszczała. Dosłownie, bo ktoś postanowił wyszyć na niej jakiś tandetny napis z cekinów, które połyskiwały wesolutko przy każdym ruchu, zdobiąc jakiś melanż pudrowego różu i pastelowej żółci. Slogan należał do jakiegoś tandetnego, dziewczyńskiego zespołu popularnego dekadę temu w magicznych społecznościach o którego aktualnej wartości kulturowej dobitnie świadczył fakt, że ktoś jego merch oddał na wagę do szmaciaka.
- Jestem Asena - pochyliła się swobodnie nad blatem, opierając o niego łokciami i opierając brodę na splecionych palcach dłoni. - Lewisowi pewnie troszkę tam zejdzie, więc co powiesz na tour de Rejwach? - zagaiła, zgrabnie przesuwając akcent tak, by nazwa lokalu wybrzmiała odpowiednio do poprzedzających, obcojęzycznych słów. - I tak jest dzisiaj mały ruch.