03.02.2023, 02:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2023, 02:49 przez William Lestrange.)
Ciemność rozpraszana przez migotliwe światło końca różdżki, płytki oddech, wilgoć krwi na dłoniach, chłód piwnicy.
Przed oczyma przesuwały mu się skrzętnie podpisane fiolki z eliksirami, aż dopadł tę odpowiednią, nie zważając, że przez jej gwałtowne wyciągnięcie z serwantki wywróci pare innych specyfików pociągnął za szyjkę i wrocił do rannego - nic innego się teraz nie liczyło.
Spocony pod materiałem grubego płaszcza, dopadł do usadzonego na jeden z czystych blatów chłopaka. Już odkorkowywał eliksir, już podnosił głowę pacjenta, a szum w uszach nie ustawał, gdy myśli błagalnie łkały o to, by młodszy mężczyzna otworzył oczy. Z ciała nie uleciało jeszcze ciepło, więc nie miał jak zorientować się, że nie ma do czynienia z rannym, a z martwym. Dopiero po chwili, gdy bezwładność była jedyną reakcją na krople wlanego w usta eliksiru, William przyłożył palce do krtani, sprawdził puls, wyciszył się, chociaż zmęczone przejściem tak dużej odległości z dodatkowym balastem własne ciało, nie pomagało. Czuł swoja własną krew i prawdopodobnie tez krążącą w niej adrenalinę, ale brakowało mu w tym wszystkim pulsowania krwi rannego.
Zamarł. Serce zabiło mu mocniej, prawie że wyskoczyło z piersi.
- Nie, nie, nie. Nie możesz umrzeć. Nie mozesz być martwy, nie możesz umierać. Nie wolno ci. - powtórzył do siebie, w panice poklepał młodego chłopaka po twarzy, jakby to miało w czymś pomóc, jakby ten tylko spał, jakby wcale nie stracił wcześniej tyle krwi, że nawet zaklęcia uzdrawiające nie były w stanie pomóc mu wytrzymać przejścia z tego nieszczęsnego zaułka do miejsca, w którym mógł dostać specyfik, jaki uratowałby mu życie.
Zjawił się tam za późno, to przecież nie jego wina.
A co jakby miał ze sobą eliksir? Jakby chodził z takim zawsze? Wtedy uzdrowiłby chłopaka w uliczce, wtedy by nie zawiódł.
Zimny dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie, gdy na chwilę stracił panowanie nad własnymi rękoma, bo owładnęła go absolutna bezsilność, przez co pacjent wysunął się z jego objęć na blat, bez życia, z zamkniętymi oczyma. Wypuścił z dłoni eliksir, nie mógł utrzymać palców zaciśniętych na fiolce, ta rozbiła się, rozbryzgując substancję wraz z odłamkami szkła po podłodze. Lestrange wydawał się pogrążony w swoich własnych myślach, w przerażeniu, które nagle go ogarnęło.
Przyniósł chłopaka z ulicy. Nie uratował go. Ma martwe ciało w laboratorium. Przecież nikt go za to nie będzie obwiniał. Nikt nie będzie, prawda? A co jeżeli zachcą przeszukać tę piwnicę? I znajdą jego zapiski, znajdą... Nie, nie mógł do tego dopuścić.
Pomyślał o swoim przyjacielu ze szkoły, którego stracił jeszcze będąc w murach Hogwartu i jak idiotyczną była jego śmierć, jak bardzo pragnął wtedy móc coś zrobić, być przy Lysandrze, żeby...
Właśnie, żeby co?
Pewnie skończyłoby się jak teraz, albo co gorsza, jak na cmentarzu z Castielem.
Krzyk własnego przerażenia rozległ się w przywołanym wspomnieniu, gdy mokra ziemia brudziła dłonie, a z przywleczonego na cmentarz mugola powoli ulatywało życie, ciepło i cokolwiek, co świadczyło o jego połączeniu ze światem materialnym.
Ile jeszcze osób zginie na twoich oczach, William, zanim nauczysz się coś z tym zrobić? Zanim zaspokoisz ciekawość i swoją własną ambicję?
Myślenie o śmierci było prostsze, dotknięcie jej chłodnego i nieodwracalnego lica było czymś kompletnie innym, doskonale zdawał sobie sprawę jak lepkie są dłonie, po tym, gdy probuje się kogoś wybudzić z wiecznego snu. Tym razem ranny nie zginął z jego winy, ale to się nie liczyło. Wciąż ciążył mu na ramionach balast nieodratowanych duszy i to popchnęło go do działania. Może tym razem będzie inaczej? Jeżeli nie sprobuje to będzie to sobie wypominał, musi dać sobie i temu chłopakowi szansę. Leżące przed nim ciało i tak było martwe, bardziej zabić rudowłosego nie mógł - przynajmniej tak mu się wydawało.
Rdzawe włosy wydawały się migotać w półświetle podziemia, w iskrach zaklęcia wylatujących z różdżki, mieszając się z karmazynem krwi, którą zabrudzony był blat i nasiąknięte ubrania obydwu mężczyzn.
Pod presją swojej własnej ambicji, kuszony ciekawością złapał różdzkę w dłoń i myśląc o tym, co chciał osiągnąć wtedy na cmentarzu, mając nadzieję, że tym razem wyjdzie lepiej nakazał leżącemu bezwładnie ciału wstać.
Zaklęcie rozjaśniło podziemia domu, rzucając światło na bladą twarz Lestrange'a, która w tych egipskich ciemnościach wyglądała równie upiornie, co lico dopiero co pozbawionego ostatniego oddechu chłopaka, nad którym stał. Gdy struga światła zniknęła pomieszczenie pogrążyło się w kompletnej ciemności, a zaklęcie zakończone zostało charakterystycznym pyknięciem, jakby ktoś podnosił gwizdek z rozgrzanego wrzątkiem czajnika.
Magia unosiła się w powietrzu, brak okien w pomieszczeniu sprawiał, że piwniczna wilgoć szybko przesiąkała duchotą oddechu. Albo tylko mu się wydawało? Był pobudzony adrenaliną, chęcią działania, nie był nawet pewien czy czuje się odpowiednio osadzony w świecie materialnym, aby móc ustać na nogach, więc oparł się o krawędź blatu. Energia zużyta na nekromantyczny czar uleciała z niego wraz z jasnością, jaka rozświetliła wysokie sklepienie podziemia.
William miał wrażenie, że ciało się poruszyło, choć przy stępionych zmęczeniem i brakiem światła zmysłach nie mógł stwierdzić na pewno. Zanim zdążył zrobić jakikolwiek ruch, użyć Lumos raz jeszcze, lepkie od krwi ręce złapały go za koszulę - było w tym ruchu coś panicznego, coś, czego na pewno nie można by się doszukiwać w pierwszych gestach Inferiusa.
Z zaskoczenia, być może przerażenia? Nie mógł się nawet ruszyć przez pare następnych sekund, poddając się błogiej bezsilności, chwilowym mroczkom przed oczyma.
Przed oczyma przesuwały mu się skrzętnie podpisane fiolki z eliksirami, aż dopadł tę odpowiednią, nie zważając, że przez jej gwałtowne wyciągnięcie z serwantki wywróci pare innych specyfików pociągnął za szyjkę i wrocił do rannego - nic innego się teraz nie liczyło.
Spocony pod materiałem grubego płaszcza, dopadł do usadzonego na jeden z czystych blatów chłopaka. Już odkorkowywał eliksir, już podnosił głowę pacjenta, a szum w uszach nie ustawał, gdy myśli błagalnie łkały o to, by młodszy mężczyzna otworzył oczy. Z ciała nie uleciało jeszcze ciepło, więc nie miał jak zorientować się, że nie ma do czynienia z rannym, a z martwym. Dopiero po chwili, gdy bezwładność była jedyną reakcją na krople wlanego w usta eliksiru, William przyłożył palce do krtani, sprawdził puls, wyciszył się, chociaż zmęczone przejściem tak dużej odległości z dodatkowym balastem własne ciało, nie pomagało. Czuł swoja własną krew i prawdopodobnie tez krążącą w niej adrenalinę, ale brakowało mu w tym wszystkim pulsowania krwi rannego.
Zamarł. Serce zabiło mu mocniej, prawie że wyskoczyło z piersi.
- Nie, nie, nie. Nie możesz umrzeć. Nie mozesz być martwy, nie możesz umierać. Nie wolno ci. - powtórzył do siebie, w panice poklepał młodego chłopaka po twarzy, jakby to miało w czymś pomóc, jakby ten tylko spał, jakby wcale nie stracił wcześniej tyle krwi, że nawet zaklęcia uzdrawiające nie były w stanie pomóc mu wytrzymać przejścia z tego nieszczęsnego zaułka do miejsca, w którym mógł dostać specyfik, jaki uratowałby mu życie.
Zjawił się tam za późno, to przecież nie jego wina.
A co jakby miał ze sobą eliksir? Jakby chodził z takim zawsze? Wtedy uzdrowiłby chłopaka w uliczce, wtedy by nie zawiódł.
Zimny dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie, gdy na chwilę stracił panowanie nad własnymi rękoma, bo owładnęła go absolutna bezsilność, przez co pacjent wysunął się z jego objęć na blat, bez życia, z zamkniętymi oczyma. Wypuścił z dłoni eliksir, nie mógł utrzymać palców zaciśniętych na fiolce, ta rozbiła się, rozbryzgując substancję wraz z odłamkami szkła po podłodze. Lestrange wydawał się pogrążony w swoich własnych myślach, w przerażeniu, które nagle go ogarnęło.
Przyniósł chłopaka z ulicy. Nie uratował go. Ma martwe ciało w laboratorium. Przecież nikt go za to nie będzie obwiniał. Nikt nie będzie, prawda? A co jeżeli zachcą przeszukać tę piwnicę? I znajdą jego zapiski, znajdą... Nie, nie mógł do tego dopuścić.
Pomyślał o swoim przyjacielu ze szkoły, którego stracił jeszcze będąc w murach Hogwartu i jak idiotyczną była jego śmierć, jak bardzo pragnął wtedy móc coś zrobić, być przy Lysandrze, żeby...
Właśnie, żeby co?
Pewnie skończyłoby się jak teraz, albo co gorsza, jak na cmentarzu z Castielem.
Krzyk własnego przerażenia rozległ się w przywołanym wspomnieniu, gdy mokra ziemia brudziła dłonie, a z przywleczonego na cmentarz mugola powoli ulatywało życie, ciepło i cokolwiek, co świadczyło o jego połączeniu ze światem materialnym.
Ile jeszcze osób zginie na twoich oczach, William, zanim nauczysz się coś z tym zrobić? Zanim zaspokoisz ciekawość i swoją własną ambicję?
Myślenie o śmierci było prostsze, dotknięcie jej chłodnego i nieodwracalnego lica było czymś kompletnie innym, doskonale zdawał sobie sprawę jak lepkie są dłonie, po tym, gdy probuje się kogoś wybudzić z wiecznego snu. Tym razem ranny nie zginął z jego winy, ale to się nie liczyło. Wciąż ciążył mu na ramionach balast nieodratowanych duszy i to popchnęło go do działania. Może tym razem będzie inaczej? Jeżeli nie sprobuje to będzie to sobie wypominał, musi dać sobie i temu chłopakowi szansę. Leżące przed nim ciało i tak było martwe, bardziej zabić rudowłosego nie mógł - przynajmniej tak mu się wydawało.
Rdzawe włosy wydawały się migotać w półświetle podziemia, w iskrach zaklęcia wylatujących z różdżki, mieszając się z karmazynem krwi, którą zabrudzony był blat i nasiąknięte ubrania obydwu mężczyzn.
Pod presją swojej własnej ambicji, kuszony ciekawością złapał różdzkę w dłoń i myśląc o tym, co chciał osiągnąć wtedy na cmentarzu, mając nadzieję, że tym razem wyjdzie lepiej nakazał leżącemu bezwładnie ciału wstać.
Zaklęcie rozjaśniło podziemia domu, rzucając światło na bladą twarz Lestrange'a, która w tych egipskich ciemnościach wyglądała równie upiornie, co lico dopiero co pozbawionego ostatniego oddechu chłopaka, nad którym stał. Gdy struga światła zniknęła pomieszczenie pogrążyło się w kompletnej ciemności, a zaklęcie zakończone zostało charakterystycznym pyknięciem, jakby ktoś podnosił gwizdek z rozgrzanego wrzątkiem czajnika.
Magia unosiła się w powietrzu, brak okien w pomieszczeniu sprawiał, że piwniczna wilgoć szybko przesiąkała duchotą oddechu. Albo tylko mu się wydawało? Był pobudzony adrenaliną, chęcią działania, nie był nawet pewien czy czuje się odpowiednio osadzony w świecie materialnym, aby móc ustać na nogach, więc oparł się o krawędź blatu. Energia zużyta na nekromantyczny czar uleciała z niego wraz z jasnością, jaka rozświetliła wysokie sklepienie podziemia.
William miał wrażenie, że ciało się poruszyło, choć przy stępionych zmęczeniem i brakiem światła zmysłach nie mógł stwierdzić na pewno. Zanim zdążył zrobić jakikolwiek ruch, użyć Lumos raz jeszcze, lepkie od krwi ręce złapały go za koszulę - było w tym ruchu coś panicznego, coś, czego na pewno nie można by się doszukiwać w pierwszych gestach Inferiusa.
Z zaskoczenia, być może przerażenia? Nie mógł się nawet ruszyć przez pare następnych sekund, poddając się błogiej bezsilności, chwilowym mroczkom przed oczyma.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated