18.03.2025, 12:48 ✶
W uszach Brenny teraz szumiało, może od adrenaliny, może z nerwów, zmęczenia i odwodnienia. Nie słyszała wezwań o pomoc - pewnie nie umiałaby ich zignorować - a szept zdrajca, zdrajca, zdrajca dopiero zaczynał rozbrzmiewać w uchu, i oszołomiona jeszcze nie do końca go do siebie dopuszczała.
Potrzebowała chwili, ale nie powinna sobie na nią pozwalać. Ruszyła w stronę Olivii, lustrując ją spojrzeniem, szukając ran, a potem jej spojrzenie powędrowało ku zakładowi. Odruchowo odnotowała, że ten budynek nie spłonął, ale najwyraźniej zaczął palić się dach.
– Nic ci nie jest? Potrzebujecie tutaj pomocy? – spytała, po czym przysłoniła usta dłonią, gdy wyrwał się z nich kaszel, rozmazała na twarzy smugę popiołów. Dym osiadał w jej płucach, tak samo jak u innych londyńczyków, chociaż fakt, że Brenna spędziła w nim już dobrą godzinę – i nie zdążyła zauważyć, że podąża za nią tylko dlatego, że po prostu była w centrum zamieszania – na pewno nie pomagało. – Wiesz o kimś, kto może jej potrzebować albo widziałaś jakiś większy pożar…?
Urwała, omal nie roześmiała się histerycznie. Większy pożar? Wszyscy byli świadkami większego pożaru, bo płonął cały, cholerny, magiczny Londyn. A także spora część Westminsteru i innych dzielnic, a i budynki w całej Anglii, chociaż to ostatnie nie dotarło do Brenny jeszcze w pełni.
Może dobrze. Gdyby pozwoliła sobie na namysł albo miała dostęp do większej ilości informacji, mogłaby popaść w tej chwili w poczucie beznadziei. A to nie był na to ani czasu, ani miejsce.
– Twoi rodzice i Tristan są bezpieczni? – spytała, na moment zatrzymując wzrok na oszczędzonym budynku. Czy mieszkańcy go ugasili? Mieli szczęście? Nigdy nie miał spłonąć, bo Voldemort postanowił, że go pominie? Numer trzynasty? Cholerna, szczęśliwa trzynastka, pomyślała Brenna, wyciągając z kieszeni rysik, by nakreślić tę liczbę na nadgarstku. Na pewno nie zamierzała teraz tracić czasu na bieganie z notatnikiem, skoro to mogło nawet nie mieć znaczenia, a ludzie potrzebowali pomocy… i musiała wziąć się w garść na tyle, żeby pobiec dalej.
Potrzebowała chwili, ale nie powinna sobie na nią pozwalać. Ruszyła w stronę Olivii, lustrując ją spojrzeniem, szukając ran, a potem jej spojrzenie powędrowało ku zakładowi. Odruchowo odnotowała, że ten budynek nie spłonął, ale najwyraźniej zaczął palić się dach.
– Nic ci nie jest? Potrzebujecie tutaj pomocy? – spytała, po czym przysłoniła usta dłonią, gdy wyrwał się z nich kaszel, rozmazała na twarzy smugę popiołów. Dym osiadał w jej płucach, tak samo jak u innych londyńczyków, chociaż fakt, że Brenna spędziła w nim już dobrą godzinę – i nie zdążyła zauważyć, że podąża za nią tylko dlatego, że po prostu była w centrum zamieszania – na pewno nie pomagało. – Wiesz o kimś, kto może jej potrzebować albo widziałaś jakiś większy pożar…?
Urwała, omal nie roześmiała się histerycznie. Większy pożar? Wszyscy byli świadkami większego pożaru, bo płonął cały, cholerny, magiczny Londyn. A także spora część Westminsteru i innych dzielnic, a i budynki w całej Anglii, chociaż to ostatnie nie dotarło do Brenny jeszcze w pełni.
Może dobrze. Gdyby pozwoliła sobie na namysł albo miała dostęp do większej ilości informacji, mogłaby popaść w tej chwili w poczucie beznadziei. A to nie był na to ani czasu, ani miejsce.
– Twoi rodzice i Tristan są bezpieczni? – spytała, na moment zatrzymując wzrok na oszczędzonym budynku. Czy mieszkańcy go ugasili? Mieli szczęście? Nigdy nie miał spłonąć, bo Voldemort postanowił, że go pominie? Numer trzynasty? Cholerna, szczęśliwa trzynastka, pomyślała Brenna, wyciągając z kieszeni rysik, by nakreślić tę liczbę na nadgarstku. Na pewno nie zamierzała teraz tracić czasu na bieganie z notatnikiem, skoro to mogło nawet nie mieć znaczenia, a ludzie potrzebowali pomocy… i musiała wziąć się w garść na tyle, żeby pobiec dalej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.