03.02.2023, 02:46 ✶
- Tak – zgodził się cicho Steward.
Miał wielkie szczęście i wielkiego pecha jednocześnie. I paradoksalnie, za obydwa odpowiadała ta sama nieżyjąca kobieta. I mimo śmierci, zrzucał na nią winę. Bo gdyby nie ona, gdyby nie to co ich łączyło, nie potraktowałby zgłoszenia dotyczącego zaginięć aż tak obcesowo, nie pomyślałby o zrobieniu z niej sprawy prywatnego pożegnania, które jak się okazało, wcale nie było pożegnaniem.
Albo było, ale nie takim, jakiego właściwie oczekiwał.
Chciał się pożegnać z przeszłością i zacząć nowe życie. Miał dość kurczowego trzymania się miłości sprzed lat. I to takiej, która ani wtedy, ani tym bardziej teraz, nie mogła już być (nawet jeśli nie spełniona to przynajmniej niechżeby by była) szczęśliwa.
A dotarło do niego, że jeszcze było za wcześnie. Dużo za wcześnie na pożegnania. Chyba nawet na utratę wisiorka było za wcześniej, bo teraz coraz silniej odczuwał, że kieszeń była pusta bez niego.
Obserwował klęczącą Alannę.
Tak naprawdę widział jej rozedrganie i zdenerwowanie. Tylko zrzucał je raczej na karb tego, co właśnie widziała i co mylnie zinterpretowała jako próbę samobójczą. Sam zareagowałby pewnie podobnie do niej, gdyby na jego oczach ktoś próbowałby się utopić.
To tylko to klęczenie go zastanawiało. On nie klęczałby nad szkicownikiem niemal obcej osoby. Nie próbowałby go ratować. Nie obchodziłby się z nim jak z jajkiem.
Wyciągnął różdżkę, skierował ją na siebie i wymamrotał zaklęcie osuszające. Choć koc, ręcznik i tarcie były wyrazem troski, przegrywały w starciu z magią. A Patrick nie mógł pozwolić sobie na zapalenie płuc, nawet jeśli skupiał się teraz głównie na tym co czuł i jak bardzo go bolało.
A potem dotarł do niego cały absurd sytuacji, w której się znaleźli. Gdyby wierzył w to, że przekorny los próbuje się bawić ludzkim życiem, uznałby, że teraz właśnie bawi się jego. Najpierw Alanna pachniała jak Clare. Teraz miała taki sam wisiorek jak Clare. I jeszcze próbowała uratować jego szkicownik. Gdyby się jeszcze okazało, że człowiek, od którego otrzymała wisiorek umarł…
Steward wzdrygnął się do własnych myśli. Może jednak za długo był przemoczony i teraz potrzebował solidnej dawki eliksiru pieprzowego, bo zaczynał mieć gorączkę i doszukiwał się niezwykłych rzeczy tam, gdzie ich wcale nie było?
Przyklęknął obok niej.
- I tak dziękuję. Starałaś się. Powinienem zaprosić cię za to na kawę albo chociaż przesłać ci jakiegoś pączka z Klubokawiarni Nory. Są naprawdę pyszne – zapewnił bezsensu, bo przecież nawet nie wiedział, czy Alanna w ogóle lubiła pączki lub piła kawę. Może była fanką herbaty i miała uczulenie na cukier? – Po prostu kupię nowy. Ktoś mi nawet polecał sklep na Carkitt Market.
I mimo tego pozornego pogodzenia się ze stratą, z jakiegoś powodu, zaczął starannie, z jakąś nabożną czcią nawet, zbierać pozostałości szkicownika.
Miał wielkie szczęście i wielkiego pecha jednocześnie. I paradoksalnie, za obydwa odpowiadała ta sama nieżyjąca kobieta. I mimo śmierci, zrzucał na nią winę. Bo gdyby nie ona, gdyby nie to co ich łączyło, nie potraktowałby zgłoszenia dotyczącego zaginięć aż tak obcesowo, nie pomyślałby o zrobieniu z niej sprawy prywatnego pożegnania, które jak się okazało, wcale nie było pożegnaniem.
Albo było, ale nie takim, jakiego właściwie oczekiwał.
Chciał się pożegnać z przeszłością i zacząć nowe życie. Miał dość kurczowego trzymania się miłości sprzed lat. I to takiej, która ani wtedy, ani tym bardziej teraz, nie mogła już być (nawet jeśli nie spełniona to przynajmniej niechżeby by była) szczęśliwa.
A dotarło do niego, że jeszcze było za wcześnie. Dużo za wcześnie na pożegnania. Chyba nawet na utratę wisiorka było za wcześniej, bo teraz coraz silniej odczuwał, że kieszeń była pusta bez niego.
Obserwował klęczącą Alannę.
Tak naprawdę widział jej rozedrganie i zdenerwowanie. Tylko zrzucał je raczej na karb tego, co właśnie widziała i co mylnie zinterpretowała jako próbę samobójczą. Sam zareagowałby pewnie podobnie do niej, gdyby na jego oczach ktoś próbowałby się utopić.
To tylko to klęczenie go zastanawiało. On nie klęczałby nad szkicownikiem niemal obcej osoby. Nie próbowałby go ratować. Nie obchodziłby się z nim jak z jajkiem.
Wyciągnął różdżkę, skierował ją na siebie i wymamrotał zaklęcie osuszające. Choć koc, ręcznik i tarcie były wyrazem troski, przegrywały w starciu z magią. A Patrick nie mógł pozwolić sobie na zapalenie płuc, nawet jeśli skupiał się teraz głównie na tym co czuł i jak bardzo go bolało.
A potem dotarł do niego cały absurd sytuacji, w której się znaleźli. Gdyby wierzył w to, że przekorny los próbuje się bawić ludzkim życiem, uznałby, że teraz właśnie bawi się jego. Najpierw Alanna pachniała jak Clare. Teraz miała taki sam wisiorek jak Clare. I jeszcze próbowała uratować jego szkicownik. Gdyby się jeszcze okazało, że człowiek, od którego otrzymała wisiorek umarł…
Steward wzdrygnął się do własnych myśli. Może jednak za długo był przemoczony i teraz potrzebował solidnej dawki eliksiru pieprzowego, bo zaczynał mieć gorączkę i doszukiwał się niezwykłych rzeczy tam, gdzie ich wcale nie było?
Przyklęknął obok niej.
- I tak dziękuję. Starałaś się. Powinienem zaprosić cię za to na kawę albo chociaż przesłać ci jakiegoś pączka z Klubokawiarni Nory. Są naprawdę pyszne – zapewnił bezsensu, bo przecież nawet nie wiedział, czy Alanna w ogóle lubiła pączki lub piła kawę. Może była fanką herbaty i miała uczulenie na cukier? – Po prostu kupię nowy. Ktoś mi nawet polecał sklep na Carkitt Market.
I mimo tego pozornego pogodzenia się ze stratą, z jakiegoś powodu, zaczął starannie, z jakąś nabożną czcią nawet, zbierać pozostałości szkicownika.
2574