03.02.2023, 07:39 ✶
Miał się przecież nigdy nie obudzić. Człowiek pozbawiony takiej ilości krwi nie miał szans przeżyć. Umarł i leżał na blacie nieruchomy choć wciąż jeszcze ciepły. Funkcje życiowe przestały go dotyczyć, oddech nie wracał, puls zanikł już na zawsze. Nigdy więcej jego serce nie będzie szaleńczo tłukło się w piersi z ekscytacji. Miało być już na zawsze nieruchome, dostało zasłużony odpoczynek po dwudziestu dwóch latach intensywnej pracy.
Zaklęcie spowiło go poświatą, kumulując swój blask przy klatce piersiowej i mózgu. Powietrze było gęste od potężnego zaklęcia. Wydawało się, że i szklane fiolki drżą z przejęcia, z przeładowania atmosfery. Zapach popiołu, śmierci, krwi. To ostatnie rozbudziło pragnienie w jego gardle. Czuł się jakby połknął płomień, który nie chciał dotrzeć swym pieczeniem do serca a osiadł w krtani. Co za ból! Nie, to nie był ból. To było pragnienie. Silne, świeże pragnienie ciała, które nie miało w sobie nawet kropli czerwonego płynu. Zaklęcie wsiąkło w niego, tłumiąc swój blask dopiero w jego głowie. Spiął mięśnie ciała, a myśli wciąż pozostały spowite całunem śmierci. Nie był jeszcze świadomy bowiem nie liczyło się nic poza pragnieniem. Słyszał czyjś oddech. Słyszał w tym oddechu echo szumu krwi. Ona pompowała tlen, docierała do serca, płynęła przez żyły. To one go wolały. One miały dać ukojenie. Martwa twarz wygięła się w grymasie cierpienia. Powietrze drgało a on chciał pić. Tak strasznie chciał pić. Czuł się jakby miał największego w życiu kaca. Nigdy nie słuchał instynktu a ten dziś przejął nad nim kontrolę. Nie zazna spokoju jeśli się ugasi pragnienia. Nie miał sił myśleć i planować. Poddał się głosowi swojego ciała, które wiedziało co robić. W ciągu jednej chwili jego stopy błyskawicznie znalazły się na podłodze. Mrugnięcie powieką później robiły te dwa kroki. Przy trzeciej sekundzie zaciskał brudne od zaschniętej krwi ręce na barkach Williama a jego ślepia płonęły dzikim głodem. Nie miały w sobie krztyny samoświadomości. Oto William widział przed sobą potwora, którego stworzył. Przysunął do siebie swego wymęczonego stwórcę, od razu znajdując największą tętnicę na szyi. Nigdy dotąd nie interesował się cudzymi żyłami a teraz stały się epicentrum jego myśli. Poczuł na dolnej wardze ukłucie wyrastających znikąd dwóch kłów, które to zatopił w jego skórze - przeszły jak przez masło, zahaczając swoimi ostrymi końcówkami o mięśnie. Pierwsze krople krwi wpadające do jego ust były obietnicą esktazy, komfortu, przyjemności i radości. Pociągnął z niego duży łyk, jednocześnie z całej swojej siły zaciskając paznokcie na jego ramionach. Były spięte i trwarde, próbowały unieruchomić protestujące naczynie, z którego teraz pił. Chłonął łyk za łykiem, pospiesznie, desperacko. Pić. Strasznie chce mu się pić. Bezcenna krew spłynęła po jego brodzie ale nie zwracał uwagi, zatapiając zęby jeszcze głębiej w jego szyi. Wczepił się w niego, większą część siły kumulując w zaciśnięciu na nim szczęki. Gorąca posoka odżywiała jego ciało a im więcej jej dostawał tym więcej jej chciał. Wydał z siebie bulgoczący dźwięk mający oznaczać przyjemność na najwyższym poziomie. To prawie tak przyjemne jak seks. Gdyby ktoś teraz ich zobaczył to raczej przypisałby to scenie z horroru a nie romantycznym uniesieniom.
Zaklęcie spowiło go poświatą, kumulując swój blask przy klatce piersiowej i mózgu. Powietrze było gęste od potężnego zaklęcia. Wydawało się, że i szklane fiolki drżą z przejęcia, z przeładowania atmosfery. Zapach popiołu, śmierci, krwi. To ostatnie rozbudziło pragnienie w jego gardle. Czuł się jakby połknął płomień, który nie chciał dotrzeć swym pieczeniem do serca a osiadł w krtani. Co za ból! Nie, to nie był ból. To było pragnienie. Silne, świeże pragnienie ciała, które nie miało w sobie nawet kropli czerwonego płynu. Zaklęcie wsiąkło w niego, tłumiąc swój blask dopiero w jego głowie. Spiął mięśnie ciała, a myśli wciąż pozostały spowite całunem śmierci. Nie był jeszcze świadomy bowiem nie liczyło się nic poza pragnieniem. Słyszał czyjś oddech. Słyszał w tym oddechu echo szumu krwi. Ona pompowała tlen, docierała do serca, płynęła przez żyły. To one go wolały. One miały dać ukojenie. Martwa twarz wygięła się w grymasie cierpienia. Powietrze drgało a on chciał pić. Tak strasznie chciał pić. Czuł się jakby miał największego w życiu kaca. Nigdy nie słuchał instynktu a ten dziś przejął nad nim kontrolę. Nie zazna spokoju jeśli się ugasi pragnienia. Nie miał sił myśleć i planować. Poddał się głosowi swojego ciała, które wiedziało co robić. W ciągu jednej chwili jego stopy błyskawicznie znalazły się na podłodze. Mrugnięcie powieką później robiły te dwa kroki. Przy trzeciej sekundzie zaciskał brudne od zaschniętej krwi ręce na barkach Williama a jego ślepia płonęły dzikim głodem. Nie miały w sobie krztyny samoświadomości. Oto William widział przed sobą potwora, którego stworzył. Przysunął do siebie swego wymęczonego stwórcę, od razu znajdując największą tętnicę na szyi. Nigdy dotąd nie interesował się cudzymi żyłami a teraz stały się epicentrum jego myśli. Poczuł na dolnej wardze ukłucie wyrastających znikąd dwóch kłów, które to zatopił w jego skórze - przeszły jak przez masło, zahaczając swoimi ostrymi końcówkami o mięśnie. Pierwsze krople krwi wpadające do jego ust były obietnicą esktazy, komfortu, przyjemności i radości. Pociągnął z niego duży łyk, jednocześnie z całej swojej siły zaciskając paznokcie na jego ramionach. Były spięte i trwarde, próbowały unieruchomić protestujące naczynie, z którego teraz pił. Chłonął łyk za łykiem, pospiesznie, desperacko. Pić. Strasznie chce mu się pić. Bezcenna krew spłynęła po jego brodzie ale nie zwracał uwagi, zatapiając zęby jeszcze głębiej w jego szyi. Wczepił się w niego, większą część siły kumulując w zaciśnięciu na nim szczęki. Gorąca posoka odżywiała jego ciało a im więcej jej dostawał tym więcej jej chciał. Wydał z siebie bulgoczący dźwięk mający oznaczać przyjemność na najwyższym poziomie. To prawie tak przyjemne jak seks. Gdyby ktoś teraz ich zobaczył to raczej przypisałby to scenie z horroru a nie romantycznym uniesieniom.