19.03.2025, 12:16 ✶
Brenna wyglądała jak siedem nieszczęść, ale Olivia nawet nie chciała sobie wyobrażać jak ona sama musi wyglądać. Brudna, zmęczona, z potarganymi włosami... Lecz zamiast strachu w jej oczach tliła się determinacja. Co było dziwne zważywszy na to, że Olivia nie była nigdy osobą, która brnęła przed szereg do bójki. Z reguły raczej trzymała się z tyłu, i chociaż owszem, jęzor miała długi i pyskaty, to do działania było jej zawsze daleko.
- Dach został ugaszony, Tristan aportował się do siebie, by zobaczyć czy ktoś z jego otoczenia nie potrzebuje pomocy. Rodzice pomagają sąsiadom. Zabezpieczyliśmy eliksiry, są w piwnicy, rzuciłam na nią zaklęcia, jakby znowu zaczęło się palić, będą bezpieczne - wyrecytowała, podobnie jak Brenna: szukając u koleżanki śladów ran. Jej praca była dużo bardziej wymagająca, podejrzewała że Longbottom wbiegła do co najmniej czterech płonących budynków, żeby kogoś uratować. - Ojciec pewnie ruszy do Ministerstwa, matka będzie zbierać potrzebujących, skoro Fiolka ocalała.
Dokończyła po chwili wahania, bo w zasadzie to nie wiedziała, co jej rodzice planują. Wiedziała tyle, co mogła sama przypuszczać: ojciec był pracownikiem Ministerstwa, nieważne że nie był z Brygady czy Biura Aurorów. Wypadł z budynku jako pierwszy, zarządził ewakuację, rozdał im zadania i popędził na pomoc. Podejrzewała, że teraz każdy, niezależnie od tego jakie stanowisko piastuje, robił wszystko co w jego mocy, by pomóc ludziom.
- Brenno, rozejrzyj się. Tu każdy potrzebuje pomocy - powiedziała dziwnie wypranym z emocji głosem, ocierając czoło z potu. Zostawiła na nim czarną, brzydką smugę popiołu. - Johnsonowie wciąż zmagają się z ogromnym pożarem, ale tuż obok zawalił się budynek i tam wbiegło kilku twoich kolegów.
Jakby dla potwierdzenia swoich słów, Olivia wskazała na płonący parter kamieniczki, przy której stało kilka osób. Część próbowała wyczarować wodę, a część używała do gaszenia po prostu wiader i piasku. Nie wyglądało to dobrze: budynek nie miał wsparcia Ministerstwa, bo mundury Brygadzistów migały Brennie w budynku obok, w środku, gdy jej koleżanki i koledzy po fachu aportowali się i deportowali z jednego miejsca na drugie, wynosząc rannych, szukając tych którzy powinni być obok i próbując opanować pożar.
Chciała coś jeszcze dodać, ale przerwał im krzyk. Gdy spojrzały w tamtym kierunku, zobaczyły czarownicę, trzymającą się za dłoń. Musiała się oparzyć, podejść zbyt blisko ognia. Ten krzyk trochę otrzeźwił rudowłosą.
- Idę im pomóc, tu jest w porządku i zaraz przyjdzie moja mama - zawyrokowała.
- Dach został ugaszony, Tristan aportował się do siebie, by zobaczyć czy ktoś z jego otoczenia nie potrzebuje pomocy. Rodzice pomagają sąsiadom. Zabezpieczyliśmy eliksiry, są w piwnicy, rzuciłam na nią zaklęcia, jakby znowu zaczęło się palić, będą bezpieczne - wyrecytowała, podobnie jak Brenna: szukając u koleżanki śladów ran. Jej praca była dużo bardziej wymagająca, podejrzewała że Longbottom wbiegła do co najmniej czterech płonących budynków, żeby kogoś uratować. - Ojciec pewnie ruszy do Ministerstwa, matka będzie zbierać potrzebujących, skoro Fiolka ocalała.
Dokończyła po chwili wahania, bo w zasadzie to nie wiedziała, co jej rodzice planują. Wiedziała tyle, co mogła sama przypuszczać: ojciec był pracownikiem Ministerstwa, nieważne że nie był z Brygady czy Biura Aurorów. Wypadł z budynku jako pierwszy, zarządził ewakuację, rozdał im zadania i popędził na pomoc. Podejrzewała, że teraz każdy, niezależnie od tego jakie stanowisko piastuje, robił wszystko co w jego mocy, by pomóc ludziom.
- Brenno, rozejrzyj się. Tu każdy potrzebuje pomocy - powiedziała dziwnie wypranym z emocji głosem, ocierając czoło z potu. Zostawiła na nim czarną, brzydką smugę popiołu. - Johnsonowie wciąż zmagają się z ogromnym pożarem, ale tuż obok zawalił się budynek i tam wbiegło kilku twoich kolegów.
Jakby dla potwierdzenia swoich słów, Olivia wskazała na płonący parter kamieniczki, przy której stało kilka osób. Część próbowała wyczarować wodę, a część używała do gaszenia po prostu wiader i piasku. Nie wyglądało to dobrze: budynek nie miał wsparcia Ministerstwa, bo mundury Brygadzistów migały Brennie w budynku obok, w środku, gdy jej koleżanki i koledzy po fachu aportowali się i deportowali z jednego miejsca na drugie, wynosząc rannych, szukając tych którzy powinni być obok i próbując opanować pożar.
Chciała coś jeszcze dodać, ale przerwał im krzyk. Gdy spojrzały w tamtym kierunku, zobaczyły czarownicę, trzymającą się za dłoń. Musiała się oparzyć, podejść zbyt blisko ognia. Ten krzyk trochę otrzeźwił rudowłosą.
- Idę im pomóc, tu jest w porządku i zaraz przyjdzie moja mama - zawyrokowała.