19.03.2025, 12:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2025, 12:36 przez Brenna Longbottom.)
Eliksiry z piwnicy Quirków mogły się przydać – nawet bardzo – a Brenna mogła w razie czego potem za nie zapłacić. To znaczy te eliksiry się przydadzą, jeśli kiedyś ten pieprzony popiół kiedyś przestanie sypać się z nieba, bo w tej chwili wyglądało na to, że może nie nadciągnął koniec świata, ale koniec Londynu był całkiem blisko. Mimo to odetchnęła z ulgą, że przynajmniej na razie Quirkowie i Ward są bezpieczni – Tristan był mugolakiem, byłym aurorem, kiedyś już stał się obiektem ataku śmierciożerców…
Olivia była zdeterminowana. Brenna w tej chwili chyba po prostu nad niczym się nie zastanawiała i próbowała działać
- Jeśli chcesz i będziesz czuła się potem na siłach, żeby pomagać dalej, pewnie w Norze Nory przydadzą się potem eliksiry, na pewno też przyjmie rannych - powiedziała Brenna. Nie wpadła tam jeszcze: ale budynek był pokryty lakierem do drewna, na miejscu na pewno było przynajmniej kilka osób i Brenna była prawie pewna, że kiedy biegała po Pokątnej, nie widziała tam płomieni (gdyby je dostrzegła, na pewno by tam pognała) - i miała zamiar to sprawdzić teraz, kiedy zasadniczo pozostawało jej po prostu próbować pomóc tam, gdzie zdoła. Podejrzewała, że spora część Zakonu właśnie tam będzie szukała innych ludzi, a Nora na pewno zapewni schronienie każdemu z ulicy, kto by tego potrzebował... Cholernie żałowała teraz, że lusterko dała nie Norze, a Dorze, bo ta druga była teraz pewnie w Dolinie Godryka i nie istniały szanse, aby zasięg pozwolił na przekazywanie komunikatów tak daleko. - Jeżeli dasz radę się rozejrzeć, co w okolicy najbardziej ucierpiało, to może też się przyda.
Niekoniecznie do analiz, o tych nawet ciężko było teraz Brennie myśleć, co takiego mogłyby im dać – chociaż odruchowo rysikiem zapisała kolejny numer, następnego budynku, który doszczętnie spłonął, ale być może jakieś miejsca zostały zaatakowane celowo, pod osłoną ognia, dymu i powszechnej paniki. Albo spadło na nie więcej popiołu niż na pozostałe, kiedy tak postanowił Voldemort...
Czy jeśli coś nie ucierpiało, to był przypadek, czy celowe działanie? Ta myśl jednak nawet nie do końca sformułowała się w głowie Brenny: zwłaszcza że cholerny dym jakby specjalnie zmienił swój kierunek, by ją ogarnąć, wbrew kierunkowi wiatru. Zakasłała i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i różdżkę, próbując rzucić aquamenti. Potrzebowała chwili, i przy okazji rozglądała się, co takiego płonęło, co nie (czy powinna biec do sklepu Madam Malkine? Czy w Magicznej Menażerii szalały płomienie…? – obróciła się w tamtą stronę, próbując dostrzec coś, mimo ciemnych oparów), ale ta chwila dobiegała końca. Nie mogła tutaj po prostu dalej stać i po prostu próbować zapamiętać, co spłonęło, a czego popioły nie tknęły, tylko dlatego, że trochę się poddusiła.
Drugie piętro najbliższego domu zdawało się nietknięte przez okien. Przypadek, mieszkańcy ugasili się go na czas?
– Spróbuję tam potem się pojawić, ale teraz muszę…
Urwała. Co musiała? Właściwie to powinna zrobić bardzo dużo rzeczy, i chciała rozpaczliwie być w wielu miejscach na raz, ale nie miała pojęcia, co było teraz najważniejsze. Olivia zresztą miała rację, z dość oczywistych względów każdy tutaj potrzebował pomocy, może nie było sensu nawet pytać, czy w okolicy nie było starszych sąsiadek albo jakichś rodzin mugolaków, które mogły być pierwszymi ofiarami ataków – skoro teraz cierpiał prawie każdy. Brenna chyba zakrztusiła się tym cholernym dymem bardziej niż sama sądziła, bo zwyczajnie wcześniej nie zauważyła, że tuż obok Brygadziści wbiegają do zawalonego budynku. Kamienica Johnsonów: płonie. Budynek w pobliżu, kompletnie zawalony…
Cholerna jasna na to wszystko.
– Jasne. Pójdę tam pomóc, a potem się rozejrzeć – rzuciła, kiedy Olivia dojrzała jakąś kobietę, mogącą potrzebować pomocy, sama mając zamiar skierować się ku ludziom próbującym dogasić pożar.
kształtowanie, próba wyczarowania wody, żeby zmoczyć chusteczkę i marynarkę
Woda pokryła chusteczkę, a wilgoć przeniknęła też przez marynarkę, całą w popiołach. Zaklęcie może i miało za jakiś czas przestać działać, ale kiedy Brenna uniosła chusteczkę i przewiązała nią twarz, przynajmniej ten cholerny popiół przestał dostawać się do ust - a ubranie nie nadpali się aż tak łatwo.
Olivia była zdeterminowana. Brenna w tej chwili chyba po prostu nad niczym się nie zastanawiała i próbowała działać
- Jeśli chcesz i będziesz czuła się potem na siłach, żeby pomagać dalej, pewnie w Norze Nory przydadzą się potem eliksiry, na pewno też przyjmie rannych - powiedziała Brenna. Nie wpadła tam jeszcze: ale budynek był pokryty lakierem do drewna, na miejscu na pewno było przynajmniej kilka osób i Brenna była prawie pewna, że kiedy biegała po Pokątnej, nie widziała tam płomieni (gdyby je dostrzegła, na pewno by tam pognała) - i miała zamiar to sprawdzić teraz, kiedy zasadniczo pozostawało jej po prostu próbować pomóc tam, gdzie zdoła. Podejrzewała, że spora część Zakonu właśnie tam będzie szukała innych ludzi, a Nora na pewno zapewni schronienie każdemu z ulicy, kto by tego potrzebował... Cholernie żałowała teraz, że lusterko dała nie Norze, a Dorze, bo ta druga była teraz pewnie w Dolinie Godryka i nie istniały szanse, aby zasięg pozwolił na przekazywanie komunikatów tak daleko. - Jeżeli dasz radę się rozejrzeć, co w okolicy najbardziej ucierpiało, to może też się przyda.
Niekoniecznie do analiz, o tych nawet ciężko było teraz Brennie myśleć, co takiego mogłyby im dać – chociaż odruchowo rysikiem zapisała kolejny numer, następnego budynku, który doszczętnie spłonął, ale być może jakieś miejsca zostały zaatakowane celowo, pod osłoną ognia, dymu i powszechnej paniki. Albo spadło na nie więcej popiołu niż na pozostałe, kiedy tak postanowił Voldemort...
Czy jeśli coś nie ucierpiało, to był przypadek, czy celowe działanie? Ta myśl jednak nawet nie do końca sformułowała się w głowie Brenny: zwłaszcza że cholerny dym jakby specjalnie zmienił swój kierunek, by ją ogarnąć, wbrew kierunkowi wiatru. Zakasłała i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i różdżkę, próbując rzucić aquamenti. Potrzebowała chwili, i przy okazji rozglądała się, co takiego płonęło, co nie (czy powinna biec do sklepu Madam Malkine? Czy w Magicznej Menażerii szalały płomienie…? – obróciła się w tamtą stronę, próbując dostrzec coś, mimo ciemnych oparów), ale ta chwila dobiegała końca. Nie mogła tutaj po prostu dalej stać i po prostu próbować zapamiętać, co spłonęło, a czego popioły nie tknęły, tylko dlatego, że trochę się poddusiła.
Drugie piętro najbliższego domu zdawało się nietknięte przez okien. Przypadek, mieszkańcy ugasili się go na czas?
– Spróbuję tam potem się pojawić, ale teraz muszę…
Urwała. Co musiała? Właściwie to powinna zrobić bardzo dużo rzeczy, i chciała rozpaczliwie być w wielu miejscach na raz, ale nie miała pojęcia, co było teraz najważniejsze. Olivia zresztą miała rację, z dość oczywistych względów każdy tutaj potrzebował pomocy, może nie było sensu nawet pytać, czy w okolicy nie było starszych sąsiadek albo jakichś rodzin mugolaków, które mogły być pierwszymi ofiarami ataków – skoro teraz cierpiał prawie każdy. Brenna chyba zakrztusiła się tym cholernym dymem bardziej niż sama sądziła, bo zwyczajnie wcześniej nie zauważyła, że tuż obok Brygadziści wbiegają do zawalonego budynku. Kamienica Johnsonów: płonie. Budynek w pobliżu, kompletnie zawalony…
Cholerna jasna na to wszystko.
– Jasne. Pójdę tam pomóc, a potem się rozejrzeć – rzuciła, kiedy Olivia dojrzała jakąś kobietę, mogącą potrzebować pomocy, sama mając zamiar skierować się ku ludziom próbującym dogasić pożar.
kształtowanie, próba wyczarowania wody, żeby zmoczyć chusteczkę i marynarkę
Rzut W 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
Woda pokryła chusteczkę, a wilgoć przeniknęła też przez marynarkę, całą w popiołach. Zaklęcie może i miało za jakiś czas przestać działać, ale kiedy Brenna uniosła chusteczkę i przewiązała nią twarz, przynajmniej ten cholerny popiół przestał dostawać się do ust - a ubranie nie nadpali się aż tak łatwo.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.