03.02.2023, 10:23 ✶
Im więcej pytań zadawałyście, tym bardziej zmartwiony wydawał się pan Shafiq. Oczywiście nic o dyskomforcie nie wspomniał, nie zaproponował też, abyście usiadły. Po prostu stał w bezruchu i wyglądał tak, jakby do niego powoli docierało to, co musiało wydarzyć się w tej sali. A być może wiedział już wcześniej, tylko teraz, kiedy go zalałyście gradobiciem pytań, odnalazł w waszej postawie potwierdzenie swoich obaw.
- Służba, panno Longbottom. Zatrudniamy czarodziejów i charłaków. Sporządzimy wam tę listę, oczywiście. Ale chcę zauważyć jedną, ważną rzecz, zanim ktokolwiek pomyśli, że jestem pewny o ich winie i o wadze ich winy...
Ruszył się wreszcie. Wykonał kilka kroków po sali.
- Spójrzcie. Oto gobelin, który wart jest więcej niż cokolwiek, co wskażecie palcem wokół niego. Razem wzięte. A jednak tu wisi. Wszystko wisi nietknięte. Moi synowie od rana robili tutaj remanent, aktualnie znajdują się w piwnicach i tam też - brak zmian, drogie panie. Ktoś ukradł rzecz niepozorną, zagadkową. Próbuję wierzyć w to, że zrobił to z czystej ciekawości. Tak sobie myślę, że to naprawdę jeden z moich byłych studentów. Może ktoś, z mojej przeszłości... - Ale kto? Nie wiedział. Lub też nie chciał się tą myślą podzielić.
- Niech jej pani używa z rozsądkiem, panno Longbottom. Jeżeli rzuci panna czymkolwiek w pobliżu eksponatu, niezdjęte zaklęcia zostaną wycelowane w rzucającego nawet szybciej, niż można się tego spodziewać.
Nim odpowiedział Mavelle, Shafiq zastanowił się dłużej.
- Nie tak? Gdzieżby. Niezwykłego? Też nie sądzę. To miejsce zawsze było pełne ludzi i ich opowieści i teraz też było. Pani Malkin, wiecie pewnie, szwagierka właścicielki tegoż sklepu nieopodal, jedna z osób zatrudnionych do opieki nad naszymi eksponatami, zarządza tymi kluczami zwykle. Ostatnio miała je w większości ona, zwłaszcza że pani Bings od niedawna spodziewa się dziecka i godziny jej pracy, ograniczone są... no wiecie, same jesteście kobietami. A wejścia, no tak, oczywiście, one również zostały sprawdzone. Sprawa wygląda tak, panno Bones, że zbudowaliśmy tutaj fortecę, aby chronić tych przedmiotów.
Pan Shafiq przeszedł się w stronę wyjścia z pomieszczenia, gestem zapraszając Mavelle ze sobą. Uznał bowiem, że skoro Longbottom chciała tu zostać, a Bones porozmawiać z jego pracownikami, to przyjdzie im się tu rozdzielić. Stanął w drzwiach, gotów do dalszej drogi, trzymając w suchej dłoni ten wcześniej wspomniany pęk kluczy. Być może nie chciał też, aby kobiety zostały tu same. Z kluczami i z eksponatami. Ewidentnie wierzył w to, że dało się wydobyć je ze skrytek, jedynie zdejmując kłódki z zawiasów.
Nim zniknęli za drzwiami, rzucił okiem na zaklęcie Longbottom. Tam, w złotym pyle kształtowały się już ślady ludzi i nieludzi. Kroki różnych osób - panien z dobrych domów wśród odcisków psich łap. Tylko dwa mogły przyciągnąć uwagę. Postać, której złoty pył nie potrafił do końca ukształtować, jakby nie dało się stworzyć nawet zarysu obuwia, w zamian prezentował złote plamy w miejscu, gdzie stanęła jego noga.
Wśród tych mniej i bardziej ciekawych obserwacji, mogłaś wyłapać Brenno pracowników zatrudnionych przez pana Shafiq. Odciski pantofli przy każdej z gablot po kolei. Na tyle blisko, aby bez problemu sięgnąć je ręką, o ile szklana pokrywa byłaby otwarta.
- Służba, panno Longbottom. Zatrudniamy czarodziejów i charłaków. Sporządzimy wam tę listę, oczywiście. Ale chcę zauważyć jedną, ważną rzecz, zanim ktokolwiek pomyśli, że jestem pewny o ich winie i o wadze ich winy...
Ruszył się wreszcie. Wykonał kilka kroków po sali.
- Spójrzcie. Oto gobelin, który wart jest więcej niż cokolwiek, co wskażecie palcem wokół niego. Razem wzięte. A jednak tu wisi. Wszystko wisi nietknięte. Moi synowie od rana robili tutaj remanent, aktualnie znajdują się w piwnicach i tam też - brak zmian, drogie panie. Ktoś ukradł rzecz niepozorną, zagadkową. Próbuję wierzyć w to, że zrobił to z czystej ciekawości. Tak sobie myślę, że to naprawdę jeden z moich byłych studentów. Może ktoś, z mojej przeszłości... - Ale kto? Nie wiedział. Lub też nie chciał się tą myślą podzielić.
- Niech jej pani używa z rozsądkiem, panno Longbottom. Jeżeli rzuci panna czymkolwiek w pobliżu eksponatu, niezdjęte zaklęcia zostaną wycelowane w rzucającego nawet szybciej, niż można się tego spodziewać.
Nim odpowiedział Mavelle, Shafiq zastanowił się dłużej.
- Nie tak? Gdzieżby. Niezwykłego? Też nie sądzę. To miejsce zawsze było pełne ludzi i ich opowieści i teraz też było. Pani Malkin, wiecie pewnie, szwagierka właścicielki tegoż sklepu nieopodal, jedna z osób zatrudnionych do opieki nad naszymi eksponatami, zarządza tymi kluczami zwykle. Ostatnio miała je w większości ona, zwłaszcza że pani Bings od niedawna spodziewa się dziecka i godziny jej pracy, ograniczone są... no wiecie, same jesteście kobietami. A wejścia, no tak, oczywiście, one również zostały sprawdzone. Sprawa wygląda tak, panno Bones, że zbudowaliśmy tutaj fortecę, aby chronić tych przedmiotów.
Pan Shafiq przeszedł się w stronę wyjścia z pomieszczenia, gestem zapraszając Mavelle ze sobą. Uznał bowiem, że skoro Longbottom chciała tu zostać, a Bones porozmawiać z jego pracownikami, to przyjdzie im się tu rozdzielić. Stanął w drzwiach, gotów do dalszej drogi, trzymając w suchej dłoni ten wcześniej wspomniany pęk kluczy. Być może nie chciał też, aby kobiety zostały tu same. Z kluczami i z eksponatami. Ewidentnie wierzył w to, że dało się wydobyć je ze skrytek, jedynie zdejmując kłódki z zawiasów.
Nim zniknęli za drzwiami, rzucił okiem na zaklęcie Longbottom. Tam, w złotym pyle kształtowały się już ślady ludzi i nieludzi. Kroki różnych osób - panien z dobrych domów wśród odcisków psich łap. Tylko dwa mogły przyciągnąć uwagę. Postać, której złoty pył nie potrafił do końca ukształtować, jakby nie dało się stworzyć nawet zarysu obuwia, w zamian prezentował złote plamy w miejscu, gdzie stanęła jego noga.
Wśród tych mniej i bardziej ciekawych obserwacji, mogłaś wyłapać Brenno pracowników zatrudnionych przez pana Shafiq. Odciski pantofli przy każdej z gablot po kolei. Na tyle blisko, aby bez problemu sięgnąć je ręką, o ile szklana pokrywa byłaby otwarta.